piątek, 23 października 2026

|| Trauma ||

[Ivette]


Wygrzewałam się w słońcu, San przytaszczyła tu coś w materiale, a gdy go puściła, jego końce opadły na ziemię, odsłaniajac przede mną górę owoców.

– Mam nadzieje że będą ci smakować. – Na jej spokojnym pysku pojawił się uśmiech: – Wszystko starannie wybrałam…

– Próbujesz mnie utuczyć?

– To niemożliwe. Ofiaruje ci to w zamian za twoją dobroć.

– Jaką znowu dobroć?

– Gdy byłam młodsza codziennie prosiłam cię byś mnie uratowała i wysłuchałaś moich błagań… Gdy inni zwątpili ja nadal wierzyłam.

– Mówiłam ci że nie słyszę niczyich błagań.

– Oddam ci wszystko co mam, co zechcesz, tylko mnie uratuj – zacytowała.

– Jabłka możesz sobie sama zjeść. – Rzuciłam je obok niej, zaczynając najpierw od malin.

– Mogę jeść tylko małe porcje, muszę unikać owoców… Chyba że życzysz sobie inaczej.

– To oddaj je komuś, albo wyrzuć. 

– Później nie odważyłam się już cię o nic błagać, Simon mi zabronił… Wierzyłam w każde jego słowo, uwierzyłam że jestem nikim, ale dzięki tobie wiem że też jestem ważna, inaczej nie troszczyłabyś się o mnie.

– Nie chcę mi się już o tym słuchać. 

– Rozumiem – uśmiechnęła się lekko rozbawiona.

– Co cię niby śmieszy?

– Twoja skromność. Gniewasz się kiedy okazuje ci wdzięczność, a przecież na nią zasługujesz.

– Wygadywanie bzdur to nie jest żadna wdzięczność tylko drażnienie mnie. Nie jestem niczyją boginią, dotrze to kiedyś do ciebie? Nie zamierzam się tobą opiekować i cię niańczyć, od tego masz innych.

– Zrobiłaś już dla mnie wystarczająco, pragnę teraz tylko się odwdzięczyć.

– Próbujesz mnie wykorzystać?

– Nie – znów ją rozbawiłam: – Nikt nigdy nie był dla ciebie dobry?

Pomyślałam o Komecie, ale dość szybko przypomniałam sobie jej wszystkie kłamstwa, mimo to to ja najbardziej ją zraniłam.

– Po prostu wszyscy się już na mnie poznali – przyznałam.


~*~


Ułożyłyśmy się dwie na dwóch osobnych stertach liści. San przysunęła swoją bliżej mnie, uśmiechnęła się do mnie gdy zauważyła że ją obserwuje.

– Chyba bardziej to przeżywasz ode mnie – stwierdziła: – Jest w porządku.

– Wiem jak to jest, kiedyś też nie przepadałam za dotykiem. – Lepiej nie wspominać dlaczego: – Właściwie nadal tak jest, gdy jest zbyt częsty zaczyna mnie irytować.

– Wybacz… – Obeszła prowizoryczne gniazdo z liści, chcąc już je odsuwać z powrotem na miejsce.

– Nie, zostaw. Chodziło mi o ciebie.

– Gdybym chciała leżeć nieco dalej, nie przysuwałabym się bliżej. To tylko moje ciało tak reaguje… – Położyła się.

Zaczekałam aż zaśnie i tak nie mogłam spać, więc patrzyłam na nią. Po dłuższej chwili wstała, idąc ku wyjściu.

– San? 

Nie reagowała, jakby kontrolował ją zielony kryształ, poszłam za nią, jej wzrok sprawiał wrażenie nieobecnego. Szła na polanę, kładąc się w tym swoim miejscu. Dopiero nad ranem położyła normalnie głowę i spała dalej normalnie, aż do wschodu słońca.

– Naprawdę lunatykujesz – powiedziałam jak tylko otworzyła oczy. Wydawała się dość zagubiona, rozglądała się po lesie. 

Kometa przechodziła w pobliżu, z stertą kwiatów w pysku. Dla kogo je niesie? To jakiś prezent? Dla Hexe? A może już nie, może się jej znudziła?

– Wstawaj i uważaj jak stawiasz kroki, masz być cicho. – Zwróciłam się do San, dźwignęła się na nogi. Podążyłam za zapachem Komety. San trzymała się z tyłu, zaskakująco cicho jak na nią.

– Idziemy za Kometą? – szepnęła.

– Muszę wiedzieć z kim się spotyka.

Zakradłyśmy się aż na polanę, Cruzina wzięła od niej kwiaty, nie ona jedyna je przyniosła, robili z nich barwniki.

– Nie mogę się doczekać! – Była tu ta mała, niby Rosita, Rei, Arnee, Angus, a nawet Forsycja już umazała sobie powiekę jasnym barwnikiem, przyglądając się sobie w kałuży.

– Będą świetne do występów – stwierdziła.

– Chcesz spróbować coś pomalować? – szepnęłam do San.

– A ty?

– Pytam ciebie.

– Widziałam że zwykle trzymasz się na uboczu, więc…

– Chodź. – Wyszłam do nich. Popatrzyli na mnie zdziwieni, San przywitała ich uśmiechem.

– Co robicie? – zapytała. Cruzina pokazała jej barwniki, które już były gotowe, reszta też zajęła się sobą, tylko Kometa nadal patrzyła na mnie zaskoczona, zamrugała.

– Nie jesteś ani odrobinę zazdrosna o nią? – zapytała w końcu.

– Jestem zazdrosna o ciebie. Niby dlaczego miałabym być zazdrosna o San?

– Myślałam że… Czujesz coś do niej?

– Może? – Właściwe pytanie brzmiało czy Kometa jest zazdrosna o mnie.

– A tak serio? Podoba ci się? – Zbliżyła się do mnie, szepcząc: – Wiesz, ja nie mam nic przeciwko gdyby tak było… Ja… Kocham cię, ale tak jest chyba dla nas lepiej? Wiesz, kiedy jesteśmy osobno… Może z nią byłabyś szczęśliwsza? Tak dobrze się dogadujecie, jak my chyba nigdy…

– Jakoś mnie nie pociąga, czuję coś, jakiś rodzaj więzi z San, ale to nie jest to samo co między nami. – Popatrzyłam na San, zastanawiając się dłużej nad tym: – Ostatni raz czułam się tak chyba w stosunku do Feniks… Jakby San była moją siostrą.

– Naprawdę? 

– Nadal jestem na ciebie wściekła za to jak mnie potraktowałaś. – Położyłam uszy.

– A ja martwię się o Hexe, nie widziałam jej już od wielu dni, inni też, zaglądałam do jej kryjówki, ale tam też jej nie było…

– I dobrze.

– Wiesz… Ostatnio wszystkich uratowała, nawet jak jej nie lubisz to jednak…

“Ivette…? Chcesz może spróbować?” przerwała nam Cruzina.

– Malowania? – Wciąż nie odwróciłam wzroku od morskich, oczu Komety. Nawet jeśli nie widziałam ich barwy, potrafiłam ją sobie wyobrazić wśród tych szarości: – Czemu nie? – odpowiedziałam.

Jej spojrzenie było tak głębokie, jakby potrafiła zobaczyć moją duszę. Kometa rozpromieniała i od razu objęła mnie skrzydłem i jeszcze przytuliła się do mnie, idąc wybrać ze mną parę kolorów, jakby zapomniała w tej jednej chwili że nie jesteśmy razem, a potem w kolejnych, gdy pomogłam jej nieco upiększać trawę wokół.

– San, chodź do nas – zawołała nagle do niej, obserwującej jak Cruzina podchodzi do Celeste, przygotowały sobie już pień drzewa by pokryć go jakimiś obrazami. 

Kometa chyba nie myśli o związku ze mną i San? Gdyby wcześniej nie zaproponowała mi tego i Hexe, w ogóle bym teraz tego nie podejrzewała. Nie ufałam jej w tej kwestii.

– Musisz koniecznie posma… Znaczy… – Wzrok Komety na moment padł na brzuch San, która już do nas szła, ale potem spojrzała jej w oczy: – A odrobina ci nie zaszkodzi, barwniki są ze słodkich kwiatów, a razem z trawą są naprawdę dobre.

– Wolałabym nie… – Cofnęła uszy, zerkając na mnie, a potem na Forsycje, skupioną by każdy nowy wzór na jej piórach wyszedł idealnie: – Mogłybyśmy pomalować sobie sierść, co wy na to?

– Jesteś pewna? Musiałybyśmy cię dotknąć by pomalować ci sierść…

Skoro Kometa to zauważyła, to San musi reagować tak na każdy dotyk.

– Nie martw się, nie mam z tym problemu. – Uśmiechnęła się do niej: – Twoja trawa musi być pyszna, ale nie mogę jeść nic słodkiego, przynajmniej póki trochę nie schudne.

– O, faktycznie. Przepraszam że w ogóle o tym wspominam… Tak sugestywnie, powinnam częściej myśleć co mówię…

– Wiem że nie miałaś nic złego na myśli i że nie powinno się też tego bagatelizować.

Źrebaki, do których zaliczałam też Arnee, bo zachowywała się jak one właśnie obrzucały się barwnikami, niszcząc je na tą bezsensowną zabawę.

– Nie, nie przejmuj się, nie zrobiłaś mi przykrości.

– Powiedziałam to tak… Wiesz jak, a ja tylko chciałam byś posmakowała…

– W porządku, Kometa. – San dalej ją uspokajała, po pogodnym wyrazie jej pyska nikt by nie pomyślał że słowa Komety ją uraziły, ja w ogóle nie przejmowałam się gdy mówiłam San że jest gruba. I tak nie brała na poważnie moich obelg.

– Jestem okropna, jak mogłam tak się zachować. Przepraszam.

– Naprawdę nie musisz. – San podeszła bliżej, nawet wyciągnęła skrzydła, ale dopiero po krótkim wahaniu ją przytuliła: – Nie zraniłaś mnie, już dobrze.

Zauważyłam że bierze z trudem oddech, ale po tym odetchnęła głęboko. Puściła ją dość szybko. Uśmiechając się do niej.

– Lepiej? – spytała: – Martwiłaś się tylko o moje zdrowie, to nic złego.

– No tak, ale można to zrobić bardziej… Lekko, subtelnie.

– Nie tak łatwo mnie zranić.


[Turnia]


Mój wzrok powędrował daleko za horyzont, niedługo miały pojawić się pierwsze promienie słońca. Nadal budziłam się przed świtem, nawet wówczas gdy nie było takiej potrzeby. Za mną rozciągał się las cały pogrążony w mroku, z którego wyłoniła się moja najmłodsza córka.

– Mamo! – Podbiegła do mnie.

– Dlaczego nie śpisz?

– Odkryłam właśnie że mam moc,  ale nie tą co trzeba i znów nad nią nie panuje. – Cofnęła uszy, czasami bywała uderzająco podobna do Rosity, innym razem zdradzała cechy niepodobne do niej. Nigdy nie mogłam mieć pewności kim naprawdę jest.

– Pokaż. 

Wiatr porwał kilka liści z ziemi i zakręcił nimi, a potem opadły. Rosita śledziła je w skupieniu wzrokiem, ja także odczuwałam działania jej mocy. Ta chwila przypomniała mi o mojej własnej, albo raczej o mocy Raisy, którą utraciłam, wydawałoby się że na darmo, aczkolwiek skoro chociaż na jakiś czas mogłam ulżyć Rosicie to zrobiłabym to ponownie, nawet wiedząc że w przyszłości i tak zginie. 

– Taka beznadziejna ta moc.

– Wydaje mi się że doskonale nad nią panujesz. Kiedy się pojawiła?

– Dziś w nocy, a może wcześniej? Przytrafiały mi się ostatnio dziwne rzeczy i zawsze czułam mrowienie w kopytach gdy to się działo… 

Czy Rosita czuła tak samo własną moc? Tą moc, którą miałam, czułam że krążyła mi po całym ciele.

– Dlaczego akurat wiatr? – pytała mała: – Powinna być woda, albo rośliny.

– Taka już się urodziłaś, każda moc jest na swój sposób użyteczna. Tą na przykład możesz użyć podobnie do telekinezy, unosić nią przedmioty…

– Albo latać! Jak Arnee.

– Być może.


~*~


[Irutt]


– I jak? Zna-znalazłyście trochę czasu dla siebie? – zapytał Virrey, karmiłam go za pomocą magii Beerha, było mu dziś na tyle niedobrze że nie mógł zmusić się do jedzenia. 

– Spędziłyśmy całkiem miły wieczór. – I od razu chętniej się uśmiechałam wspominając bliskość Linnir, zamierzałyśmy dziś wspólnie potrenować, nie mogłam się doczekać. Wczoraj nie tylko brak czasu mnie martwił. Znów myślałam o Reiu, jak o własnym synu, odtrącił nas parę miesięcy temu, ciągle bolało tak samo mocno. I Mozzran znów mnie unikała, o czym nie chciałam nikomu mówić, nawet Linnir, a dziś psuć sobie tym humoru.

– Naprawdę ją kochasz.

– Mówiłam ci.

– Od razu cała promieniejesz.

Uśmiechałam się do niego. Nagle, choć nie miałam takiego zamiaru wraciłam do swojej postaci. Zmieniłam się znów w Beerha, ledwie, jakby magia napotykała jakiś opór w moim rogu. Popatrzyliśmy na siebie zaniepokojeni.

– Zaraziłeś mnie?

– N-nie wi-em-em, ty-ty się na tym znasz.

– Nie musisz się bać, nic ci nie zrobię.

– Nie wiem nawet co to jest. Co to za cho-choroba?

– Ja też nic o niej nie wiem, leczyłam tylko objawy… Nie będę mogła więcej używać na tobie magii. – Czy to przez to czy wystarczył sam dotyk? 

Ja nie mogę stracić magii. Mieliśmy mnóstwo osób bez żadnych mocy, bezbronnych, miałabym teraz stać się jedną z nich? Jak sobie wtedy poradzimy? Hexe też już nie mogła używać magii, w dodatku gdzieś znów zniknęła. Linnir weźmie wszystko na siebie i Arnee, ona nie będzie mogła być wszędzie. Tak jak Eepli nie może na raz zabrać wszystkich w bezpieczne miejsce.

– Je-jest aż tak źle? 

– Byli ranni, martwi, cudem przetrwaliśmy, muszę zachować magię, jak będę leczyła innych bez niej? Jak mogę walczyć bez niej?

– Linnir sobie radzi. 

Wróciłam znów mimowolnie do swojej postaci, spróbowałam raz jeszcze użyć magii, nie mogłam jej z siebie wykrzesać. Nie mogłam też oddychać przez to wszystko.

– Tylko nie mdlej, nie-nie bę-będe wie-wiedział co zrobić. – Virrey znalazł się już na nogach.

Wzięłam głębszy oddech, a potem kilka kolejnych, zanim wpadłam w panikę. Próbując znowu, tym razem z powodzeniem, zmieniłam się w rysia, a z niego w pumę i łanie. Magia znów zaczęła działać jak przedtem, ale zdążyłam już nabrać wątpliwości czy zawsze tak będzie.

– Już dobrze? – spytał Virrey.

– Już tak. – Zmieniłam się w siebie, tym razem z takim właśnie zamiarem.

– Nic się nie stanie jak nie dam ra-rady jeść, nawet przez k-kilka dni, wystarczy bym pił. Najgorsze już za mną, dzię-dzięki tobie.

Wciąż bał się Arnee, na tyle mocno że nie mogła się nim zajmować.

– Masz siłę wyjść?

– Za-zależy czy będziesz ze mną.

– Moi bliscy chętniej ci pomogą niż choćby pomyślą by cię skrzywdzić. Ufam im, nie jestem pewna tylko co do Ivette, ale nawet ona nie będzie chciała cię specjalnie skrzywdzić. Nie miałaby powodu.

Opuściliśmy grotę, co jakiś czas, jeszcze parę razy wypróbowałam własną magię. 

– Czy mówiąc bliscy masz na myśli nie-jednorożce?

– Jednorożce mieszkające z nami cię nie skrzywdzą.

– A-arnee…

– Ona też nie.

– Hy-hybrydy też są z wami?

– Nie, ale jakby były mógłbyś też im zaufać. Nie przyjmujemy nikogo ze złymi zamiarami. Uważaj na sępa w lesie, nie jest częścią stada, ale musi tu zostać, nie zbliżaj się do niego.

– Dla-dlaczego?

– Kiedyś ci powiem, teraz na to za wcześnie.


[Turnia]


Nieustannie próbowała swoją nową moc, przefrunęła na wietrze przez pół jeziora, wpadając ostatecznie do wody.

– Widziałaś mamo? – zawołała radośnie.

– Przez cały czas.

– Spójrz na to! – Wyskoczyła z wody, wpadając do niej: – Dobra, teraz! – Po kolejnym takim skoku, uderzyła nogą w tafle wody: – Dlaczego nagle nie działa?

– Może się zmęczyłaś?

– Nie czuje się zmęczona.

– Spróbuj jeszcze raz.

– Próbuje, mamo. Dlaczego nie działa? Jakby już nie chciała się ze mnie wydostać…


[Irutt]


– I-irutt, t-t-tam… – Virrey, przysunął się do mnie, obejmując ciasno ogonem: – To ona! –  Wskazywał na Hexe, stała w lesie z trudem łapiąc oddech, jej ciało zniekształcały narośla: – T-t-to o-o-o-ona mi to zro-zro-zro-zrobiła!

– Hexe?

Rzucił się do ucieczki.

Podbiegłam do niej, zwyczajnie się o nią bojąc. Z trudem oddychała.

– Oni… Mają inną klątwę. Musiał mnie z nią pomylić.

– Ona zabrała mu magię – uświadomiłam sobie: – A teraz ja tracę swoją, przez to że miałam z nim kontakt…

– Próbowałam ich zabić, ale nie mogłam…

Nawet jedna z jej racic była zniekształcona i przez to wyższa od innych jej nóg. 

– Widziałaś ją? – zapytałam z łzami w oczach.

– Nie. Widziałam na krótko jej oczami. Czułam gdzie ją mają…


***


[Hexe]


Hexe wróciła nad strumień lawy, czy spłonie tutaj czy wskoczy do wulkanu nie ma znaczenia. Zanurzyła już jedną racice w lawie, unosił się z niej dym, a gorące opary parzyły skórę, wkrótce gdy lawa dosięgnęła jej pęciny, nie wytrzymała i odskoczyła gwałtownie z nagłym, pełnym cierpienia krzykiem. Potrząsnęła nogą, a jej oczy zalały się łzami. Rana gwałtownie porosła naroślą, odkształcając racice. 

Ucichła momentalnie, słysząc głosy, i widząc przez chwilę trójkę obcych i grotę. 

Kolejna wizja. 

Otaczali ją. Czuła jak coś wbija jej się w nogi i szyję, leżała już na ziemi, nie mogąc porządnie złapać tchu, trudno było jej się skupić, ale rozpoznała jednego z nich, to jeden z jednorożców, które kradły kryształy z jej skupiska. Wizja nagle się urwała. 

To teraźniejszość.

Odkryła że zna drogę do ich kryjówki i od razu jak tylko minął najgorszy ból tam wyruszyła. Nie zdążyła dotrzeć na miejsce, a otoczyła ją mgła, wrogowie uderzali na oślep magią i ona wycofując się parę razy potraktowała ich promieniem, słysząc jak giną. 


***


[Irutt]

– Musiałam uciekać, zanim by mnie zranili, roznosząc zarazę – dokończyła Hexe: – Wkrótce was zaatakują… Czuję że ona jest blisko.

– Musimy ostrzec resztę.

Nagle padło na nią niebieskie światło. Płomienie Blakie trawiły nasz las.

– Virrey! Pomóż mi go znaleźć.

– Będę tuż za tobą.

Gdy wypowiedziała te słowa wiedziałam że kłamie, ale mimo to pobiegłam, nawołując za Virreyem. Znalazłam go już z Cruziną, oboje spojrzeli na mnie wielkimi oczami, w których odbijał się niebieski ogień.

“Dostałaś wiadomość?” – zapytała swoją magią Cruzina.

– Jaką wiadomość…?

Obejrzałam się na chwilę, tak jak przypuszczałam Hexe za mną nie pobiegła.


~*~


[-]


Jednorożce zgromadziły się razem pod ogromnym, wysokim sklepieniem. Rozległe ściany oświetlały świecące pnącza, na bliznowatym grzbiecie jednego z nich – Koonlio wylądował szpak. Koonlio podał mu pomarańczowy kryształ, a gdy go założył był na powrót jednorożcem. Jednak w oczach trójki rodzeństwa nadal nie był niczym więcej niż ptakiem. Nie pamiętali imion reszty, dwudziestki nowych jednorożców jak zwykli nazywać przemienione dawno temu hybrydy, ani piątki starych jednorożców, tych prawdziwych wcielonych do ich armii. I szczerze nie obchodziło ich to jak mają na imię ci, którzy mogą zginąć w każdej chwili w ich sprawie.

– Jak epidemia? – spytał Hakkias, najmłodszy z rodzeństwa, o kilka minut, cała trójka urodziła się razem. Koonlio zaledwie minute przed Vivuuną ich jedyną siostrą.

– Wybryk natury nadal używa swojej zmutowanej magii i Cruzina też na pewno – zaczął opowiadać szpak: – Ale widziałem dziś rano jak źrebie, które nazywają Rositą straciło moce, to które pierwsze miało kontakt z Virreyem, Irutt też dziwnie się zachowywała, wyszła z nim dziś na zewnątrz i ciągle się przemieniała, więc sądzę że ona też powoli traci swoją magię, poza tym nie mam pojęcia, ciągle siedzą w tych swoich grotach, a tam obecność kosa wzbudziłaby podejrzenia.

– Szpaka, jesteś szpakiem – poprawił go Hakkias.

– Ptak to ptak.

Rodzeństwu nie podobał się lekceważący stosunek ich szpiega, ale nie chcieliby zdradzić przed innymi że to tak naprawdę oni nimi zarządzają, a nie jakieś potężne, zmyślone osobistości ukryte gdzieś przed ich wzrokiem. Nawet jeśli nie chcieli tego przyznać byli tak samo krusi jak każdy. Lepiej nich nadal myślą że są pośrednikami.

– Za długo to trwa, przeprowadźmy już atak, użyjemy na nich broni bezpośrednio jak wejdą nam w drogę – powiedział Koonlio.

– Ale po co? Zabijmy ich w końcu – wtrącił szpak.

– A jak ta wasza broń wymknie się spod kontroli? Nie można jej ufać – odezwała się Vivuuna.

– Wszystko może wymknąć się spod kontroli, samo trzymanie jej tu jest szaleństwem. Ale tylko tak możemy zabić Arnee. Póki jeszcze mamy przewagę. Niech śmierć naszych pobratymców nie pójdzie na darmo! – Koonlio tupnął swoją szeroką racicą, Vivuuna i Hakkias mieli je znacznie węższe, jak i reszta nowych i starych jednorożców.

– Za poległych! – krzyknął Koonlio.

– Za Kettui! – odkrzyknął inny jednorożec

– Naprzód!

Kilkadziesiąt jednorożców pobiegło korytarzem, tylko trójka rodzeństwa została w środku.

– Naiwniacy – skomentował Hakkias: – Jak łatwo nimi manipulować.

– Wiesz że za bardzo nie możemy sobie pozwolić na kolejne straty – Vivuuna spojrzała na brata uważnie.

– Będą kolejni, a to coś lepiej jak w końcu zginie, nawet jakby miała zabić to Arnee. 

– A jak to coś zabije Arnee?

– To też dobrze, każemy im uwięzić to z powrotem, jeszcze głębiej pod ziemią, i nie wiem jak wy, ale ja się potem stąd wynoszę, gdyby coś miało pójść nie tak.

– Co z Kettui? – zapytał Koonlio.

– Lepiej dla nas jak jej nie ma, teraz raczej już nic nie wymyśli, może już nasza sępica straciła rozum? – powiedział prześmiewczo Hakkias: – Ratowanie jej nie ma sensu.

– Nie możemy jej lekceważyć – stwierdziła Vivunna.

– Co może nam teraz zrobić? 

– Vivuuna ma rację, nie sądzę by Kettui poddała się tak łatwo, lepiej dla nas pozostać jej sojusznikami dopóki naprawdę nie umrze – dodał Koonlio.

– Chcecie ratować sępice? – zapytał Hakkias.

– Nie wiem, szczerze odpowiada mi tak jak jest – przyznała Vivunna: – Ale większość wie co się stało z Kettui, nie zdziwcie się jeśli z nią tu wrócą i na powrót to ona przejmie dowodzenie.

– Nie uda się jej.

– Tego nie wiesz.

– Nie ma się czego bać, dopóki myśli że jesteśmy po jej stronie – powiedział Koonlio.

– Jej własne źrebaki odwróciły się od niej, myślisz że komukolwiek jeszcze ufa? 

– Na ich miejscu też bym się od niej odwrócił.


~*~


[Arnee]


Eepli odwiedzała sępa znacznie częściej od Arnee, a w końcu też zamiast niej. Jednak Arnee starała się nie zostawiać siostry samej z ich złą matką. Nie mówiła nikomu że tu jest, w tym Eepli, nie chciałaby by jedna z jej ukochanych sióstr pomyślała że jej nie ufa. Obserwowała je w tajemnicy z korony drzewa wyższego niż to do którego była przykuta Kettui.

 Kettui rozrywała mięso mocniej i drobniej niż potrzebowała by się nim pożywić, jakby próbowała swoją wściekłością przyćmić swój ból związany z jedzeniem tego, a przynajmniej Eepli tak o tym myślała. Wielokrotnie mówiła Arnee że mama wolałaby jeść to co przedtem. Gdyby tylko Eepli wiedziała jak Kettui cieszyła kolekcja skór różnych zwierząt Arnee, może byłoby jej mniej przykro?

Sępica ostatnio często przesiadywała na grzbiecie Eepli śpiąc, albo pielęgnując delikatnie jej sierść. Przez co Eepli miała coraz większe wątpliwości, ale Arnee upewniła się by wiedziała że jej mama robi to, bo albo straciła już rozum, albo chce wzbudzić w niej jeszcze więcej litości. 

– Mamo, rozumiesz mnie jeszcze? – Eepli popatrzyła na nią, ułożoną wygodnie w jej grzywie. Kettui pokiwała jej łysą głową, osadzonej na równie łysej szyi: – Robisz to bym cię uwolniła?

Sępica przechyliła głowę.

– Choćbym nie wiem co, nie mogę cię uwolnić… – Eepli zabrzmiała tak smutno, jakby to nie była jej decyzja tylko czyjś zakaz: – Nie uwolnię cię – powiedziała nieco bardziej stanowczo, a jednak jej głos nadal zdradzał współczucie: – Nadal będę przychodzić się tobą opiekować, więc możesz odpowiedzieć mi szczerze. Czy choć trochę zależy ci na mnie?

Sępica przytaknęła. 

Eepli musiała pamiętać o tym że mamusia nigdy jej nie kochała i musiała wiedzieć że kłamie. Kettui była wściekła jeszcze zanim ją urodziła, a raczej wydostała z siebie na zewnątrz z pomocą hybryd, zwykły poród byłby w tym przypadku niemożliwy, Arnee widziała to w jej wspomnieniach, a Eepli wiedziała też co zrobiła ich rodzeństwu, choć ono urodziło się zupełnie normalne. Arnee na wszelki wypadek wylądowała bezdźwięcznie, niezauważona przez nikogo, na ziemi.

– Cześć, mamusiu! – Przybiegła do nich, jeszcze mokra i kolorowa od barwników Cruziny. Kettui zaskrzeczała na nią gniewnie: – To jeszcze nie czas? – Drażnienie się z mamą ostatnio wprawiało ją w uczucie niezdrowej satysfakcji i zachwiało jej miłością, którą od urodzenia darzyła Kettui, jakby dwie przeciwstawne siły teraz walczyły w niej ze sobą. W końcu mamusia kocha ją nienawidzić.

– Czy nie mogłaby utknąć chociaż w ciele jelenia? – poprosiła Eepli.

– Drapieżniki by się pokusiły na taką okazję, przecież nadal byłaby na łańcuchu, a poza tym sęp idealnie pasuje do mamusi – odpowiedziała Arnee z uśmiechem.

– Wiem że była zła, ale nie chcę by cierpiała. – Eepli cofnęła uszy, poruszając płachtą na swojej głowie, przychodziła do Kettui zawsze zakryta, a ta ją odkrywała, teraz miała odkryte jej szyję i jeden z boków. Uśmiech Arnee zelżał i nieco opadły jej uszy.

– To pomoże jej się zmienić. Nie chciałabyś by mama kochała cię naprawdę?

– A jeśli ona nie potrafi się zmienić? 

Tego samego obawiała się Arnee, ostatnio tak bardzo się starała by do tego doszło, a sprawiła tylko więcej zawodu i bólu bliskim.

– Wtedy będzie musiała zostać właśnie taka – przyznała Arnee.

Sępica zwiesiła głowę i skrzydła. Eepli przyglądała jej się przygnębiona, trąciła ją pocieszająco pyskiem, a Kettui spojrzała na nią, jakby cierpiała tu bez winy, jakby całe zło za jakie była odpowiedzialna się nie wydarzyło.

– Mamy mówiły byś lepiej jej nie odwiedzała – dodała Arnee.

– Chcę się nią opiekować.

Kettui wylądowała na Arnee, tym razem siedząc na niej spokojnie. Arnee obejrzała się na matkę, słuchając co ma jej do powiedzenia i przeglądając jej umysł, z przykrym odkryciem że to wszystko tylko kolejny fałsz, tak jak przypuszczała, udaje przed Eepli kochającą matkę, bo chcę ją wykorzystać.

– Mówi coś? Słyszysz ją? – zapytała Eepli.

– A mamusia tylko kłamie że rozumie i że chcę się zmienić, ale ma zupełnie inne plany. 

Sęp wbił szpony w grzbiet Arnee, a po jej sierści polała się krew.

 – Mamusiu, wiesz że nie pozwolę ci ich skrzywdzić. Ale nie martw się, możemy się pobawić, co powiedziałabyś na to gdybym pomalowała ci pióra?

Kettui poleciała na swoją pozbawioną mniejszych gałęzi i liści i już prawie pozbawioną też kory gałąź.

– Możemy porobić coś innego, mamusiu. Mamusiu, pomyśl o tym, nie będziesz się nudzić.

Kettui przysunęła się bliżej pnia. Wyciągnęła ostro zakończoną kość i wbiła sobie ją w spód głowy.

– Mamusiu! – Choć Arnee znalazła się w ułamku sekundy przy niej, kość zdążyła przebić głowę, sęp spadł na ziemię, Arnee złapała duszę Kettui nim ta zniknęła. Duch bez ciała był niemal nieuchwytny, wyślizgiwał się z energii feniksa, a Arnee musiała pilnować by przypadkiem jej nie pochłonąć. W dodatku nie widziała jej, a tylko czuła.

To były sekundy gdy w panice, nie mając czasu wymyślić czegokolwiek innego umieściła jej duszę w swoim ciele. Mamusia niemal natychmiast spróbowała ją wyrwać z jej własnego ciała, które upadło bezwładnie z gałęzi na ziemię. Arnee trzymała się kurczowo życia, gubiąc w tym wszystkim energię Blakie, ta boleśnie oddzieliła się od niej gdy tylko Arnee straciła kontakt z własnym ciałem.

– Arnee! Arnee, nie! Nie odchodź! – Eepli złapała siostrę, tuląc ją do siebie ogonem. Wiotkie, letnie już ciałko, z otwartymi, niewidzącymi oczami.

Arnee czuła ból, od którego nie mogła się odciąć swoją magią, jej matka wysysała z niej wszystkie siły, jak prawdziwy pasożyt. Eepli zapłakała, a ciało jej siostry zgięło się w pół przez gwałtowny krwawy kaszel i niemal je upuściła. Tak delikatnie ją trzymała, bojąc się że ze strachu i żalu mogłaby ją zmiażdżyć.

Energia Blakie otaczała obie dusze, trwała nieruchomo.

”Blakie!” Arnee czuła się tak jakby mama ją topiła w ciemnej, mętnej wodzie, spychając coraz bardziej na skraj świadomości. “Blakie, obudź się!” Czy feniks w ogóle jeszcze żyje czy została po nim tylko jego energia? Ale czy Blakie nie jest po prostu tą energią? “Eepli!”

– Arnee! 

“Zrobiłam coś głupiego, uciekaj! Kettui przejmuje moje ciało! Uciekajcie!”

Płomienie je otoczyły, mama już dorwała się do mocy Blakie. Eepli zniknęła pod ziemią. Kettui roześmiała się złowrogo poprzez ciało Arnee. Arnee pociągnęła jej duszę ku sobie, gdyby tylko potrafiła ją skrzywdzić… Nie może zabić swojej mamusi, zabiła już starych przyjaciół, Burzę i Rosita zginęła przez nią, ale to było dla niej niewykonalne. Spędziła z Kettui wiele przyjemnych chwil, zdarzało jej się mamie sprawić radość swoim istnieniem, na początku ją nawet lubiła na swój własny sposób, dopóki po raz pierwszy nie wzbudziła w niej zazdrości…


[-]


Płomienie Blakie ogarnęły cały las. Eepli zanurkowała pod ziemią, przekazała Cruzinie co się dzieje, zebrała kilka osób po drodzę, ratując ich przed płomieniami, Reia, Noor i Postracha. Forsycja wzbiła się do lotu z San i najmłodszą córką Turnii i Angusa, sadzając je na własny grzbiet. Ivette leciała z Kometą na grzbiecie, jako kłyka nie miała problemu się z nią unieść. Celeste zabrała Cruzine, Mozzran poleciała na Faith, a Irutt zmieniła się w gryfa zabierając pozostałych, leciała najbliżej ziemi, w obawie gdyby jej magia przestała nagle działać. Zwłaszcza po tym kiedy jej róg nie odebrał telematycznej wiadomości od Eepli. Hexe skryła się za drzewami i choć ją wołali i szukali przez te parę krótkich chwil, musieli ją zostawić.

Eepli co chwilę wynurzała się z ziemi by zaczerpnąć powietrza wraz z trójką osób które trzymała w swoim ogonie i zorientować się czy podąża za stadem czy już je zgubiła. Ciągle znajdowało się gdzie indziej niż przypuszczała że będzie. Po drodzę w oddali mignęła jej spora grupa jednorożców biegnących w przeciwną stronę. Kettui wezwała wsparcie?

– Dam radę biec za nimi. – Noor wyskoczyła z jej uścisku: – Podążaj za moim tętentem kopyt.

Eepli tylko skinęła jej głową, zbyt wyczerpana by protestować. Nie było czasu na zwlekanie. Postrach nabrał powietrza do płuc, Rei też, zanim znów się zanurzyli już tylko w trójkę.

“Blakie? Jesteś tam?” Linnir spróbowała się z nimi skontaktować, “Arnee?”

Podobnie jak Irutt, Celeste, Mozzran, Cruzina, Pedro i Kometa, choć ta ostatnia dwójka za bardzo nie wiedziała jak. Niemal wszyscy wołali do nich telepatycznie i na głos. Jednak żadna nie odpowiadała. 

Noor powoli ich doganiała. Eepli wynurzyła się co chwilę z Postrachem i Reiem, dając im zaczerpnąć powietrza, obok Noor.

Jak wreszcie spotkali się wszyscy razem, zeszli pod ziemię, z pomocą Eepli, w którą też mogła zmienić się Irutt, nie mając czasu by zastanawiać się czy powinna kolejny raz ryzykować. Nie dało się przenieść wszystkich na raz. Zmuszone przechodzić przez grotę pełną wrogich jednorożców – mijały ją aż trzy razy, tylko dzięki mocy Eepli unikając wszystkich ataków wrogów. Zanurkowały głęboko pod ziemię. Do szerokiego tunelu, który rozświetliły rogi Eepli, Cruziny i Mozzran, róg Irutt zamigotał i zgasł.

– Zdążyłam… – powiedziała do Linnir, łapiąc oddech.

– Co się dzieje? – Linnir przysunęła się do niej.

– Muszę… Odetchnąć – dopiero potem zamierzała jej i innym wszystko wyjaśnić.

– Jakie to ma znaczenie i tak Kettui nas dopadnie – powiedział Pedro.

– Nie będziemy się poddawać, gdybyśmy się poddali już byśmy nie żyli – Linnir zwróciła się do wszystkich: – Chodźcie. – Podparła Irutt z boku i ruszyły przodem, a za nimi pozostali. Eepli pomogła Forsycji przenikać przez wszystkie za małe dla niej tunele, kłykoogryfica trzymała głowę nisko, by móc oddychać. Virrey upadł, Turnia pomogła mu wstać, a potem iść. Angus potrzymał go z drugiej strony. Irutt obejrzała się na nich, czy ona też osłabnie jeszcze bardziej?

– Przynajmniej spędziliśmy miło czas… – przerwała ciszę Kometa: – Tuż przed tym… Być może to nasze ostatnie chwilę, ale chociaż… Nadal może być miło.

– Naprawdę świetnie się teraz bawię – skomentowała Ivette: – To ironia, San.

– Ktoś ma ochotę teraz rozmawiać? Bo ja nie – powiedział Pedro.

– Ja za bardzo się tu stresuje i dziwie że tak mogę przez wszystko przechodzić. – Forsycja opierała łapę na Eepli, trzymając się jej kurczowo, mimo że ta owinęła ogon wokół jej tułowia, wtulając się chętnie do niej – zwykle było odwrotnie, Forsycja jako jedyna była od niej większa. 

– Czy wam też wydaje się jakby… Było coraz mniej powietrza? – zapytała Kometa.

– W rzeczywistości mamy szczęście że ono w ogóle tu jest – skomentowała Turnia.

– Wybaczcie, ale powoli nie daje rady… – wysapała San, wlekąca się na tyłach stada.

– Dokąd idziemy? – zapytał Virrey, ale nikt mu nie odpowiedział, bo nikt tak naprawde nie znał odpowiedzi.

– Musisz, tu jest za nisko by ktoś cię wziął na grzbiet – powiedział do San Postrach: – Pomogę ci.

– Wezmę ją w pysk – Ivette zawróciła, przeciskając się pomiędzy innymi.

– Dzięki.

– Kometa, a jak mielibyśmy spędzić teraz miło czas? – zapytała Rosita.

– Na miłych wspomnieniach?

– Nie wyobrażam sobie tego by teraz się śmiać i żartować. – Pedro się zatrzymał.

– Wiem! Możemy się jeszcze lepiej poznać, wiesz, nie znamy aż tak dobrze Hexe, ach… Hexe akurat z nami nie ma ale…

– Hexe się poświęciła – przyznała Irutt, wreszcie nieco dochodząc do siebie: – Jak tylko pobiegłyśmy po Virreya oddzieliła się ode mnie…

– Chcecie się poddać bez walki? – przerwała jej Linnir. Sama się zatrzymała, a wraz z nią cały pochód.

– Właśnie, co z wami? – dodała Forsycja: – Walczymy do końca!

– Walka nie ma sensu – powiedziała Irutt: – Wszystko już stracone.

Ivette położyła San na ziemi.

– Oby kolejny cykl był bardziej znośny – skomentowała: – A nie, nie będzie kolejnego, Kettui wszystkich pochłonie.

– Gdybyś mogła się do niej zbliżyć, dałabyś radę ją pochłonąć? – zapytała jej Linnir.

– Blakie jest silniejsza ode mnie, ostatnim razem gdy walczyłyśmy powstrzymywała się, zgładziłaby mnie w parę sekund gdyby zechciała, ale… Moglibyśmy sprowadzić innego feniksa, nie mam dość siły by lecieć w kosmos w swojej pierwotnej formie, musiałabym pochłonąć mnóstwo energii by to zrobić.

– Planujecie zabicie Blakie. – odezwał się Pedro.

– Musimy.  – Linnir popatrzyła na niego z bólem, a potem na Irutt, która miała już łzy w oczach, nie stracą tylko Blakie, mogą też stracić Arnee i z dużym prawdopodobieństwem tak właśnie się stanie. O ile już jej nie stracili.

– Nie potrafię tego pojąć, tracę jedną osobę za drugą… Miałem rację by żyć samotnie…

– Musimy uratować kogo możemy – podsumowała Linnir: – Ile potrzebujesz energii, Ivette?

– Z kilka skupisk kryształów. Chyba że mówimy o paru sekundach, tyle wystarczyłoby by zwabić feniksa, wtedy wystarczą te jednorożce na górze.

– Nie – powiedzieli na raz Angus, Cruzina i San.

– Kryształów jest mnóstwo, zakopanych w ziemi na naszej wyspie, poza pomarańczowymi, te są rzadkością, bo wiele z nich poszło na eliksiry – powiedziała Forsycja: – Nie musisz nikogo zabijać.

– Poza Blakie – dodał z rozżaleniem Pedro.

– Kettui z mocami Blakie jest w stanie dostać się tu w każdej chwili, nie będzie się powstrzymywała by zniszczyć wszystko po drodzę, więc znajdzie nas w parę minut. – Ivette mierzyła wzrokiem Linnir, która się zastanawiała.

– Zrobili nam wiele krzywd – dodała Irutt: – Nawet teraz próbowali nas atakować.

– Widziałam inną grupę biegnącą w stronę naszego domu… – dodała Eepli.

– Hexe powiedziała mi że mają po swojej stronie kolejną klątwę. Planowali ten atak. To muszą być oni.

– To już nie ma znaczenia – powiedziała Ivette.

– Ale… Ivette, nic ci się nie stanie? – zapytała Kometa, patrząc prosto w oczy Ivette, zastrzygła uszami.

– W najgorszym wypadku ten feniks pochłonie też mnie.

– Nie możemy tego zrobić! – Położyła uszy.

– Nie mam nic przeciwko! – Ivette także położyła uszy, mocniej przyciskając je do szyi niż Kometa, ta zresztą zaraz je zwróciła ku niej.

– Ale my… My się pogodziłyśmy, może nie powiedziałyśmy sobie tego wprost, ale nie tak dawno świetnie się bawiłyśmy, Ivette.

– Jestem już zmęczona życiem, wiem że czeka mnie kolejne cierpienie, na co nie mam już najmniejszej ochoty, równie dobrze mogę to zakończyć. 

– Będę za tobą tęsknić i nigdy cię nie zapomnę – powiedziała do niej San, leżąca tuż obok jej przednich kopyt, oglądała się na nią, patrząc smutno w jej oczy.

– Nie! Ivette nie możesz, dlaczego tak w ogóle mówisz? – zaprotestowała Kometa: – Przecież… 

– Poradzisz sobie beze mnie. Wszyscy sobie dadzą radę.

– Ja nie, mamo – wtrąciła Celeste.

– Ty też, masz Cruzine i w razie czego Kometa też się tobą zajmie. 

– Nie musisz się dla nas poświęcać – powiedziała Linnir: – Chciałam znaleźć rozwiązanie.

– Robię to bardziej dla Komety niż dla was.

– Hej, lećmy na tą wyspę póki istnieje – popędziła wszystkich Forsycja.

– Będzie dobrze, pomyśl o osobach, które nie będą miały szansy żyć w kolejnym cyklu  – powiedział do Komety Angus.

– To tylko tydzień, a bez przerw może wyrobimy się w cztery dni – dodała Forsycja.

– Skąd wiesz, tato? – zapytała Angusa Kometa roniąc łzy: – Może akurat będą mogły, a Ivette…

– Ivette, ochronię cię przed feniksem – zaoferowała Eepli.

– Twoja moc nie zadziała na innego feniksa i nie wiem czy wszyscy ogłuchliście, ale mi już nie zależy na życiu! – krzyknęła Ivette: – Jeśli tak bardzo żałujecie tych jednorożców na górze. To zajmie nam to z kilka tygodni, a wtedy nie będzie już czego ratować! – Zerknęła na Forsycje.

– A jeśli on zechce pochłonąć też nas? – zapytała Mozzran.

– Dla nich jesteście tylko prymitywnymi formami życia, nie wartymi uwagi, pochłonie mnie i Blakie i wyruszy dalej, zdobyć więcej mocy. Przy okazji zniszczy też tą nową klątwę.

– Co będzie z cyklami? – zapytała Irutt.

– Nie mam pojęcia… Ale przynajmniej będziecie nadal istnieć, Kettui by was pochłonęła.

– Te kilka żyć albo cały świat. Musimy je poświęcić – zdecydowała Linnir: – Eepli, zabierzesz ją tam?

Eepli pokręciła głową.

– Zaraz się tym zajmę, jak zmatrelizujesz mi łapy, przekopie się – zaoferowała Forsycja, zerkając na Eepli.

– To też byłaby pomoc w zabójstwie.

– Też nienawidzę zabijać, ale pomyśl o tym inaczej, ich energia przyczyni się do ratowania świata, musimy. Inaczej cały świat ucierpi, nie rozumiesz tego?

Irutt próbowała się przemienić, jej magia pojawiała się i znikała. W końcu z dużym wysiłkiem zmieniła się w Eepli, po paru sekundach niemal wracając do swojej postaci.

– Irutt, jeśli przemienisz się w ścianie… – Linnir posłała jej pełne niepokoju spojrzenie.

– Nie ma czasu.

– Nie potrafię… – powiedziała rozpaczliwie Eepli, trzymając się Forsycji jeszcze mocniej.

Irutt wróciła do swojej postaci, kolejna przemiana w Eepli kosztowała ją jeszcze więcej wysiłku, jej ciało zaczęło drżeć.

– Eepli, wszyscy umrą, chodź i pomóż mi ich ocalić. – Ivette oparła na jej boku skrzydło, patrząc w jej dwie pary oczu: – Chcesz by Irutt zginęła próbując?


[Hexe]


 Jak często się zdarza by czarne jednorożce rodziły się z tak potężną magią? A może to coś co zdarza się zawsze? Hexe otworzyła szeroko oczy gdy jej promień zniszczył płomienie feniksa, torując jej do niego drogę. Powoli, skrupulatnie posuwała się do przodu. Być może to ją zabije, ale to była jedyna szansa dla tego świata. I dla jej bliskich. 

Arnee upadała co chwilę i wiła się na ziemi, by po chwili wstać, zatoczyć się na nogach, zaśmiać i upaść z powrotem, gdy dwie dusze w niej walczyły o dominacje, wokół wszystko tonęło w płomieniach feniksa. A Hexe nie miała czasu się zastanawiać w jaki sposób jest w stanie wyczuć te dusze. To był łatwy cel, Hexe użyła magii z ukrycia. 

Promień światła rozerwał ciało Arnee na drobne kawałki. Niebieski ogień buchnął, zwiększając swoją objętość, zamiast zniknąć. Skupił się wokół szczątek. Hexe zastanawiała się czy znów będzie musiała zabić i ile razy, czy to ma sens i czy powinna. Ciało Arnne regenerowało się w ogniu.

“Arnee, jeśli mnie słyszysz odpowiedz” zwróciła się do niej Hexe. Żadna dusza jej jeszcze nie odpowiedziała. I tak też było tym razem. Płomienie zaczęły przybierać kształt skrzydeł, wyłoniła się z nich ptasia głowa. Wyciągnęła z Arnee Kettui, nawet stąd, kilkanaście kroków dalej, za drzewami, Hexe choć nie mogła tego zobaczyć, czuła jak bije od tego zło, a feniks wypuściła to zło i pozwoliła temu rozpaść się i zniknąć. Jej płomienie sięgnęły po to, ale trafiły już tylko na drobinki powietrza, jakby jednak to nie był jej zamiar, jakby chciała to pochłonąć, a nie porzucić. 

“Blakie?” Spróbowała Hexe. Nagle coś trafiło w jej róg i on sam z siebie trafił magią w feniksa, płomienie buchnęły jak kipiący wulkan, Hexe zacisnęła oczy, przekonana o własnym końcu i choć feniks uderzyła z całą swoją siłą, ona nadal tu stała, ogień rozbił się na niej i zniknął. 

Niemożliwe, pomyślała. 

Otaczały ją czarne płomyki, jak żadne inne rzucały na ziemię cień. Za nią upadło mnóstwo kryjących się w lesie wrogów, Hexe przez chwilę przeskakiwała wzrokiem z ciała na ciało widząc jak ich przemiana w jednorożce ustępuje, byli ewidentnie martwi i wyglądali teraz tak jak przed przemianą. W większości okazali się hybrydami, tylko kilku z nich było jednorożcami naprawdę.

Blakie z chwili na chwilę kurczyła się jak gasnący płomień. Spaliła cały mech, krzewy i trawę w odległości wielu metrów od siebie, obracała głową w każdym z kierunków, w panice, którą też Hexe poczuła na własnej skórze. Trzymała róg z dala od Blakie, gdyby znów uderzył magią wbrew jej woli. Coś uwolniło jej magię, coś kryło się w lesie, przeżyło i brzęczało łańcuchami, miotając się z bólu na ziemi. Czy to ta klątwa, którą wcześniej czuła?

Blakie w ostatnim akcie desperacji rozpostarła kurczące się skrzydła, posyłając niemy krzyk palący liście koron drzew nad nią. Ten ogień dość szybko zgasł. Spieczone liście opadły niczym oderwane pióra porwane przez wiatr. Feniks emanowała na wszystko co jeszcze żywe przejmującym lękiem. Hexe widziała nie raz strach przed śmiercią, ale nigdy go nie czuła tak jak teraz. Opadła na ziemię, nie mogąc opanować łez, ani złapać porządnie oddechu, trzęsła się, a jednocześnie czuła sztywność w całym ciele.

Ona umiera, zdała sobie sprawę Hexe. Przez moją magię. Zaczęła zawodzić, wszystkie te cierpienia, które widziała i od których się odcięła, teraz na raz przepełniły jej myśli.

Feniks opadła na ziemię, Arnee wciąż leżała w jej płomieniach, wyglądając przy tym jakby spała, tak spokojnie w samym centrum cierpienia. Ptaki piszczały przeraźliwie i gryzonie było słychać głęboko ze swoich kryjówek, gdzieś w oddali wyły wilki, cały świat pogrążył się w przymusowej rozpaczy. A potem wszystko ucichło, Hexe leżała wyczerpana, nie mając sił choćby otrzeć łez, obok niej spadła wiewiórka, ledwie oddychała, skuliła się łapiąc swój puchaty ogon w łapy. Hexe zasypiała, jak wszystko co żywe wokół.


– Odejdź potworze… – usłyszała głos docierający ledwie z daleka. Przed nią leżała piątka martwych jednorożców. Więcej jednorożców, żywych jednorożców wyłoniło się z o wiele bardziej bujnego, pachnącego kwiatami, gęsto porośniętego pnączami lasu. Wstrząsnął ich widok martwych pobratymców. Otoczyły ją z każdej ze stron. Setki rodzin. Ich ogony wyglądały inaczej, nie były ani długie, ani chwytne, wyglądały zwyczajnie, jak u koni. 

Prajednorożce. 

– Odejdź potworze!

– Przepadnij!

Rogi obcych zaświeciły. 

“Nie skrzywdzą już nikogo więcej.”

Hexe znała ten głos, jakby od zawsze, choć nigdy go nie słyszała, najwyraźniej widziała teraz oczami tej istoty.

“Zabijali regularnie hybrydy.”

– Kłamstwo!

– Jednorożce nie zabijają!

– Nie nasi bliscy!

– To ty jesteś zagładą!

Naraz uderzyli w nią swoją magią, Hexe poczuła ból tej istoty, widziała jej strzępki, czarne strzępki jakby zbudowane z mgły spadające na nich i wnikające w ich ciała, miotała się, czując jak rozrywają ją kawałek po kawałku. Bez szansy na ucieczkę. Weszła w ciało jednego z atakujących prajednorożców. Zapadła ciemność.

– Nie! Nie róbcie jej krzywdy!

– To nie jest już twoja miłość, to sama śmierć!

– Jej głowa… O-odrasta…

– Ona przepadła! To coś przejęło jej ciało!

Zalała ją kolejna fala bólu, próbowali po raz kolejny rozerwać jej, teraz już fizyczne, ciało. Odbudowywało się, niwecząc ich wysiłek.

– Giń! Giń! 

Głęboko w jej szyi utknął metal i w nogach, i nie mogła się poruszyć. Ciało odrosło wokół niego.

– Nikt już nigdy cię nie znajdzie, będziesz tu gnić po wsze czasy!

Hexe już to kiedyś czuła – wiele warstw ziemi i skał przygniotło jej ciało.

Ich źrebięta rodziły się czarne, widziała na raz wspomnienia tych źrebiąt, matki umierały, a każde źrebię zarażało straszliwą chorobą, same obrastając bolesnymi naroślami, zabicie ich sprawiło jedynie że bardziej się rozprzestrzeniała. Cały gatunek stanął na skraju wymarcia, dopóki nie zaczęto pozbywać się matek, z czarnymi jednorożcami dopiero rozwijającymi się w ich łonach, wrzucając je do wulkanu. A z czasem, nakłaniano je by same się poświęcały, w imię większego dobra.

Jednorożce nie chciały by ktokolwiek się dowiedział że same to na siebie sprowadziły. Tym bardziej nie chciały zatrząść całym światem na wieść że ich szlachetny gatunek kogokolwiek lub cokolwiek zabił. Zaczęto więc mówi o klątwie, a czarne źrebięta nazywać klątwami.

Wizja się rozmyła i Hexe ocknęła się na powrót w zniszczonym lesie. Czując się tak jakby sama utknęła pod ziemią na wieki. Stuknięcia łańcuchów przyciągnęły jej wzrok, czarny jednorożec bez skaz, obrócił się na brzuch. Łańcuchy wyrastały z jego szyi, ich końce trzymały martwe hybrydy w swoich ogonach, to one go tu sprowadziły. Z nóg wyrastały pręty, prawdopodobnie łączyły je ze sobą, ale teraz zostały niedbale przycięte. Jego przednie nogi zakończone były łapami wyposażonymi w szpony, przypominające te ptasie, a ogon prawdopodobnie był tylko nienaturalnie długimi włosami wyrastającymi z małego kikuta jak u koni, które ciągnęły się za nim w las. Hexe już wiedziała patrząc w te oczy pozbawione blasku, przepełnione bólem, z kim ma do czynienia. 


[Ivette]


Eepli przepłynęła ze mną przez warstwy ziemi wprost do jednorożców, cała zapłakana.

– Dziękuje. – Oparłam na niej oba skrzydła, próbując ją nimi objąć, tamci już ruszyli ku nam, a ona nadal trzymała mnie swoim ogonem: – A teraz powinnaś już wracać, nie chcesz tego widzieć.

Jak tylko zniknęła pod ziemią, zaczęłam ich pożerać, na początku tylko tak mogłam nabrać ich energii, by dalej pochłonąć ich już normalnie. Wzbiłam się do lotu, torując sobie drogę płomieniami, uwalniając zgromadzoną energię by na dosłowną chwilę wylecieć w kosmos jako feniks. Wypuściłam trochę energii, by zwabić oby tylko jednego feniksa. Gdy walczyłyśmy z Blakie nie dawałyśmy znać gdzie jesteśmy, a i tak jeden z nich nas wyczuł, więc teraz tym bardziej powinien.

Spadłam w ocean, przynajmniej nie tracąc przytomności, na planetę przyleciał obcy, złoty feniks, wystarczyło mi energii na ostatnie dwie sekundy, akurat by zdążyć go doprowadzić do Kettui.



⬅ Poprzedni rozdział