[Kometa]
– Hexe. – Wreszcie ją znalazłam, prawie że na krańcu lasu, naprawdę była dobra w unikaniu mnie: – Gdzie się cały czas ukrywałaś? – Przybyło jej całe mnóstwo narośli: – Skąd masz ich aż tyle?
– Wybacz, ale pożegnałam się z tobą już dawno temu. – Chciała mnie minąć, ale zablokowałam jej drogę skrzydłem: – Dla mnie nie żyjesz. – Popatrzyła w moje oczy.
– A, ty nie wierzysz że wróciłam? Ale wiesz, tu nie chodzi o wiarę, bo… To naprawdę się stało, przytrafiło mi się to już trzeci… Nie, drugi raz. A poza tym, wszyscy zaczynamy od nowa w nowych cyklach, więc nie wierzenie w to nie jest zbyt mądre, gdy dzieje się to na twoich własnych oczach.
– Nie byłam niczego świadkiem.
– To ja, pamiętam dokładnie gdzie… Nie miałam już ciała.
– Nie, z tobą już skończyłam.
– Ale… Co…? Obraziłaś się na mnie, bo umarłam?
Poszła sobie.
Ruszyłam za nią: – Naprawdę się obraziłaś?
– Nie jesteś Kometą.
– Jestem. Arnee to potwierdzi. I… Chyba pamiętam już wszystko, możesz mnie przepytać…
Zadała mi mnóstwo pytań i pytała o takie szczegóły, które ledwie pamiętałam. Weszłyśmy do jednej z grot, chyba nawet jej, kazała mi położyć się przy wyjściu, a sama usadowiła się przy ścianie. Nie wiem czy dobrze odpowiedziałam na to wszystko. Ale jak tylko skończyła pytać nie mogłam się powstrzymać by opowiedzieć jej co przeżyłam w ciele Echo.
– …to był koszmar, ale mam teraz Forsycje i to cudowne, być matką… Choć chciałabym mieć szansę być od początku dobrą matką… Jestem z niej taka dumna. Ivette twierdzi że Forsi jest moją córką z innego cyklu i wtedy dałam jej na imię Selene, po mojej babci, tej dobrej babci, znaczy mam nadzieje że dobrej, nigdy jej nie znałam, ale musiała być dobra, bo tata nigdy źle o niej nie mówił, właściwie to nic nigdy o niej nie mówił, albo nie pamiętam… Muszę go zapytać.
– Byłaś tak dobrą matką jaką byłaś w stanie być – stwierdziła Hexe: – Dałaś z siebie wszystko.
Była jakaś taka… Ponura.
– Może masz rację… A co z tobą? Skąd masz tyle narośli?
– Umieram, czarne jednorożce żyją krótko, zaledwie kilka lat, jeśli nikt ich wcześniej nie zabije – powiedziała to tak, tak… Jakby to było coś najzwyklejszego na świecie.
Zbliżyłam skrzydło do jej grzbietu, zatrzymała je ogonem.
– Nie dotykaj mnie. Naprawdę. I przysuń się bliżej wyjścia.
– Ale…
– Może ty wrócisz, ale inni nie wrócą. Wolałabym gdybyś nie była jednak Kometą…
– Dlaczego? – Och, nadal trzymała mnie za skrzydło. Jakby tego nie zauważyła.
– Bo i tak muszę niedługo odejść. Byłoby ci łatwiej przyjąć moją śmierć, gdybyśmy już się nie spotykały. – Popchnęła je do mojego boku.
– Tęskniłam za tobą i chcę właśnie spędzić z tobą mnóstwo czasu, a już tym bardziej gdy… Wiesz… – Zastrzygłam uszami, zostawiając je skierowane ku mojemu grzbietowi, otrzepałam się, biorąc głęboki oddech.
– Gdy umieram – dokończyła Hexe.
– Właśnie! Ja… Nigdy mi o tym nie mówiłaś.
– Dopiero niedawno się o tym dowiedziałam, zresztą czy to nie oczywiste?
– Właśnie nie!
– Zostało mi może kilka tygodni.
Wypuściłam wstrzymane powietrze: – Tygodni?
– Unikam każdego, nie czuj się wyjątkowa. Nie chcę by ktoś się zaraził, ostatnio wyrosło mi ich więcej niż kiedykolwiek. Nie trudno o wypadek.
– Ale pomagasz w treningach i…
– Z daleka, nie bezpośrednio.
– Na pewno da się coś zrobić, cokolwiek, może… Pamiętam jak Irutt…
– Nie wysilaj się, nic nie pomaga, żadne zioła, jej krew; moja krew zniszczyła jej, którą mi dała, w kilka sekund. Ta choroba jest w stanie zniszczyć nawet zielony kryształ, mnie też próbowano podmienić, ale roztopił się w mojej krwi, więc nie ma o czym mówić. Umieram i nic tego nie zmieni.
– Ale…
– Nie mogę nawet nosić żadnego kryształu od razu się rozpada.
– To… Dziwne. Czy ty przypadkiem nie mówiłaś że sama nie chorujesz? Coś… Coś pamiętam, mówiłaś tak.
– Tak myślałam. Niedawno miałam wizję, widzę czasem wspomnienia innych czarnych jednorożców, stąd wiem że narośla nas w końcu zabijają… Jednej choroby jestem nosicielką, te narośla to już inna choroba i to na nią choruje. Znamiona klątwy. To mnie zabija. Muszę wskoczyć do wulkanu nim to się stanie.
– Wulkanu?!
– Tylko wtedy zaraza się nie rozniesie.
– Ale skąd będziesz wiedziała w której chwili umierasz i… To fatalnie okropny pomysł! Wszystkich uratowałaś, nie zasłużyłaś by teraz…
– Każdy musi umrzeć. Niedługo będę musiała stąd odejść, a ty nie będziesz mnie zatrzymywać.
– Nie możesz!
– Muszę! A ty musisz pozwolić mi odejść, potraktuj to jako mojej ostatnie życzenie.
– Ale to nie jest…
Zatrzymała się obok mnie.
– Hexe.
– Musi być jak jest, zrozum. Unikajmy się, tak jest lepiej. – Wyszła.
– Dla kogo? – zawołała za nią.
~*~
Minęło zaledwie kilka dni. Narośla wyrastały w zastraszającym tempie, powodowały gwałtowne pęknięcia skóry, opryskujące wszystko dookoła krwią.
– Wyjdź stąd. – Hexe nie miała sił unieść głowy. Dlaczego tak nagle tak bardzo jej się pogorszyło? Mówiła że ma parę tygodni!
– Nie bądź taka, chcę być przy tobie tak jak ty przy mnie. Będę ostrożna.
– Mówiłam już byś dała mi spokój!
– Chce ci się pić? – Zauważyłam że nic nie tknęła, leżała na tym samym boku, mdlała ciągle z bólu, a zioła jakby w ogóle na nią nie działały. Jedno z narośli rosło na jej górnej powiece, zakręcając się w stronę oka, ciągle je przymykała, a samo narośle trącała ogonem.
– Kometa, doceniam co dla mnie robisz. – Jej głos złagodniał: – Ale nie chcę byś znów umierała.
– Naprawdę jestem ostrożna. – Przysunęłam do niej łapami pojemnik, głową podtrzymując jej głowę.
– Kometa! Puść mnie!
– Napij się tylko, a wtedy cię puszczę.
– Ty kretynko, zarazisz się! – Jej róg zaświecił delikatnie, a całe jej ciało wstrząsnął ból: – Kometa… – zacisnęła wargi, dławiąc się.
– Kometa! – krzyknęła Irutt, odciągając mnie od Hexe.
Głowa Hexe opadła, niemal uderzyła o ziemię, a woda się rozlała. Kaszlnęła krwią.
– Co ty robisz?
– Chciałam pomóc jej się napić.
– Jeśli jej krew, albo ślina dostanie się do twoich chrap, pyska czy oczu to koniec. – Irutt puściła mnie, zmieniając się w Beerha i badając jego magią Hexe, która znów zemdlała: – Nawet ja nie jestem odporna na jej chorobę.
– Nie da się ich jakoś… Odciąć?
– Są niezniszczalne i osadzone głęboko w ciele. Nawet płomienie Blakie nie chcą ich zniszczyć.
– To przecież niemożliwe.
– Arnee próbowała wiele razy, sama tego nie rozumie.
– A co jeśli… To faktycznie klątwa?
Zatrzymała na mnie wzrok, chyba sama się nad tym zastanawiała. Co może być tak potężne by rzucić taką klątwę?
– Feniks…
– Sądzisz że to był feniks?
– Ivette powiedziała mi kiedyś że ukarała stado, które zaatakowało moje stado, wtedy też przez nich zginęłam, zmieniła ich w mroczne konie, więc może…
– Arnee nie wyczuła obecności mocy żadnego feniksa, gdyby to była Ivette wiedziałaby. To coś innego, obcego.
Aż dreszcze przeszły mi po grzbiecie: – Czy może istnieć coś silniejszego od feniksa? Coś co mogłoby zniszczyć cykle? Czekaj, Hexe… Używała ostatnio sporo swojej magii, prawda? I pogorszyło jej się tak nagle… Jakby jej magia to powodowała.
Irutt spojrzała na mnie zaskoczona, chyba udało mi się trafić w sedno.
– I teraz przed chwilą chciała użyć magii… Może gdyby przestała z niej korzystać to by się zatrzymało? Może to ma związek, bo… By korzystać z telepatii też przecież potrzebna jest magia, prawda? Mówiłaś kiedyś że jednorożce porozumiewają się telepatią ze swoimi nienarodzonymi jeszcze źrebiętami, a Hexe twierdziła że w brzuchu jej mamy zaczęły jej już rosnąć narośla, więc… Może to to? Może zaczęło się od pierwszego użycia magii?
– Możesz mieć rację.
~*~
Odetchnęłam z ulgą po otwarciu oczu – trochę mi się przysnęło. Hexe owijała swoje ciało opatrunkami już sama, leżąc na brzuchu. Już jej lepiej, musi być, nawet wyglądała na żywszą. Na jej rogu tkwiła teraz drewniana obręcz.
– Irutt ci powiedziała? – zapytałam.
– To ma sens, gdy przez dłuższy czas nie używałam magii, nie pojawiały się też narośla, co jeszcze nie oznacza że to moja magia mnie zabija, to nadal tylko twoja teoria.
– Ale poczułaś się lepiej?
– Tak, chwilowo. – Obejrzała się na swój grzbiet, zawiązując na nim opatrunki, pomagając sobie przy tym zębami i ogonem.
Podałam jej coś dobrego do zjedzenia, wiele smakowitych gałęzi z rosnącymi na nich owocami. Położyłam je przy jej przednich racicach.
– Cholera, Kometa! – Zwróciła ku mnie głowę.
– Wiem, wiem, ale już nie tryskasz krwią.
– Dlaczego tak głupio ryzykujesz?
– Bardzo cię lubię, nawet, to trochę dziwnie zabrzmi, ale… Podobasz mi się – Uśmiechnęłam się do niej, po chwili gdy tak patrzyłyśmy sobie w oczy, popłynęła jej łza po policzku: – Hexe…?
– A Ivette? – Odwróciła wzrok.
– Nie zastanawiałam się jeszcze, ale… Może nie będzie miała nic przeciwko?
Uroniła jeszcze więcej łez, zwiesiła głowę, odwracając ją ode mnie.
– Hexe? Wszystko w porządku?
– Przecież dobrze wiesz że to nie ma sensu.
– To znaczy że ty… Że ty też?
– Umieram, wariatko!
– I co z tego? – Wtuliłam głowę w jej szyje, jeszcze nie do końca opatrzoną.
– Kometa, przestań.
– Miłość można okazać na tak wiele sposobów, że jestem pewna że twoja choroba nie stanie nam na drodzę, bardziej to martwiłabym się Ivette, ale ostatnio raczej sprawia wrażenie zmęczonej mną, więc może…
– Tak! Tak!
Czy to głos Ivette? Niemożliwe, ona nigdy nie krzyczała tak radośnie, a przynajmniej nie pamiętam by… Wbiegła tu do środka, Hexe mnie od siebie odsunęła. Ivette wbiegła tu będąc sobą… Zwyczajną pegazicą. Ale jak? Objęła mnie skrzydłami, tuląc do siebie.
– To jest sen? Czy ty się uśmiechasz? Ty…
– Selene jest genialna. Spójrz na to. – Odsunęła się ode mnie, jej ciało zmieniło się z powrotem w kłykę, a potem z niej przekształciło z powrotem w pegaza.
– Forsycja… – Skrzywiłam się na odgłos, rosnących, kurczących się tkanek. U Irutt przemiany następowały tak płynnie i łagodnie, bez żadnych przyprawiających o ciarki dźwięków, zupełnie inaczej.
– Odtworzyła eliksir Szept, próbowała tak długo z różnymi kombinacjami aż w końcu się udało.
– A ty z góry skazałaś ten plan na porażkę, mówiłam że zadziała. – Forsycja wczołgała się do środka. Wyrosła znów z naszej kryjówki, Arnee całkiem niedawno wszystko powiększyła.
– A na ciebie nie zadziałał?
– Serio, mamo? A co mnie zmieniło w kłykogryfa? Ivette zresztą tak jakby cofa się do swojej źrebięcej postaci, to nie jest pełna przemiana.
– Nie wyglądam jak źrebak jakbyś nie zauważyła. – Ivette obejrzała się na nią kładąc urażona uszy.
– Użyłam krwi Faith i Celeste i aż pięć pomarańczowych kryształów.
– Faith? – Kto to był?
– Arnee mi pomogła. Faith nawet nie wie, a tym bardziej Mozzran nie powinna. Arnee wzięła od niej trochę krwi gdy spały. I to ona załatwiła kryształy, z naszej wysypy.
– A Faith jest kłyką?
– Niezupełnie, jest hybrydą pegaza i kłyki, tak przynajmniej twierdzi Arnee.
– Tak naprawdę zyskałam wystarczającą ilość energii, po tych wszystkich eksperymentach z kryształami by to zadziałało, już raz wróciłam do swojej postaci – szepnęła na moje ucho Ivette: – Ale pozwólmy myśleć Forsycji że to całkowicie jej zasługa, jak widzisz Blakie się myliła. – Ivette przysunęła skrzydłem moją głowę do siebie, opierając o moje czoło swoje czoło, spojrzałam na Hexe kątem oka, gdy z Ivette dotknęłam się uszami. Sama już… To trudne. Wolałabym nie robić tego na jej oczach, na pewno to sprawia jej ból, ale Ivette…
***
[Celeste]
– Selene to moja następczyni z dawnego cyklu – wyjaśniła mama, gdy przyszła do mnie nagle z kłykogryfką, odpowiadając na pytanie, którego nie zadałam: – Bardziej utalentowana od ciebie.
– Potrzebujemy twojej krwi – dodała Selene: – A i jestem Forsycja. – Strzepnęła ze swoich piór pomarańczowy piasek, z pomarańczowego kryształu, łapą: – Może jak uda się z twoją mamą, to uda się też ze mną. Choć będę tęsknić za tym ciałem.
– Mamo, bierz ile tylko chcesz, nie mam nic przeciwko. – Podniosłam się, spoglądając, tym razem, w jasnoniebieskie oczy mamy, ale one nie patrzyły na mnie tylko na Forsycje. Wyglądała na zadowoloną z obcej jak nigdy ze mnie.
– Przynajmniej do tego się nadajesz – skomentowała.
Spuściłam wzrok.
– Zawołam tylko Arnee. – Forsycja odeszła od nas, łapami odchylając niewielkie, jeszcze młode drzewa, między którymi przez swój rozmiar musiała się przyciskać. Niektóre z nich rozdeptując po drodzę.
– Widzę że moje słowa nie wzbudzają w tobie żadnej zazdrości – dodała mama. Jej tęczówki przybrały fioletową barwę.
– Nie mam z nią szans – przyznałam.
– Nawet nie zawalczysz?
– Mamo, nie potrafię czuć gniewu. – Co nie znaczyło że nie czułam się zraniona, aż do głębi. Mama nigdy nie była tu dla mnie, obudziła się dla Komety, nie dla mnie, żyła też dla niej, nie chciała bym umarła, nie godziła się na moje poświęcenie, ale zależało jej na mnie najmniej. Lista i tak była dość krótka, na samym szczycie Kometa, teraz doszła Forsycja, może chwilowo, może na zawsze.
– I ty jesteś moją córką?
– Nigdy nie byłam najważniejsza, wystarczająca, pogodziłam się z tym. Za to ty, mamo, jesteś u mnie zawsze na pierwszym miejscu.
– Jasne, pewnie to Blakie była na tym pierwszym. Nie jesteś ani trochę do mnie podobna, z tobą na czele żadne stado nie przetrwałoby zbyt długo. Uległa i słaba.
***
Obserwowałam jak mama wyszła z Kometą na zewnątrz, za nimi szła Forsycja, nikt nie zaprosił mnie by cieszyć się jej szczęściem to też wolałam trzymać się z daleka.
– Nasza duma. – Mama obejrzała się na Forsycje, która posłała jej lekki, choć wydawało mi się że nerwowy uśmiech.
– Wiesz… Forsycja tak jakby nie jest twoją córką – powiedziała Kometa.
Mama przeszyła ją wzrokiem.
– A przynajmniej… Jeszcze… – Kometa spuściła nieco głowę, uśmiechała się na siłę, otrzepała, pozwoliła mamie pójść przodem, uniosła głowę, oglądając się na jaskinie. Po paru krokach się zatrzymała, a mama zaraz po niej, wpatrując się w nią, cofnęła uszy, a potem je położyła.
– Zapomnij o niej, jest już prawie martwa.
– Ty też wiesz?
– Mamy wreszcie szansę ułożyć sobie życie. – Mama znalazła się w polu widzenia Komety, stając za nią: – W końcu. – Trąciła jej pysk swoim, przylegając swoim nosem do jej: – A ty myślisz o tym jednorożcu? Zawsze ktoś musi się znaleźć lepszy ode mnie?
– Mogłybyśmy spróbować w trójkę.
Mama prychnęła: – Mi odbiło czy tobie? Nie mówisz chyba poważnie? Mówiłaś że nie jesteś w niej zakochana!
– Chyba wtedy… Miałaś trochę racji. Przynajmniej nauczyłabyś się dzielić, chociaż spróbowała, a Hexe spędziłaby miło swoje ostatnie… Bądź razie nie zostało jej dużo czasu, a ja… Chyba czuje coś do ciebie i do niej na raz, i nie wiem co z tym zrobić…
– Nie zerwiesz teraz ze mną, bo kto by cię pocieszył po śmierci Hexe? Fałszywa jak zawsze. – Oczy mamy, choć wyglądała normalnie przybrały fioletowy odcień.
– Przecież my już zerwałyśmy… To znaczy byłyśmy w każdym cyklu razem, ja… Może masz rację, ale czy ty nie robiłaś gorszych rzeczy, a ja ci wybaczyłam? Chociaż spróbujmy, możesz odejść, jeśli chcesz.
– I po co wstawałam?
– Ivette…
Mama już poszła, Forsycja dogoniła Kometę.
– Myślałam że masz to już za sobą, na pewno dusza Echo odeszła?
– Ja naprawdę coś czuje do Hexe, jeszcze zanim umarłam, po prostu dopiero teraz sobie to w pełni uświadomiłam… Mamy tak mało czasu, ale Ivette, jestem odpowiedzialna za nią, nie chcę by narobiła znów problemów. Muszę ją uspokoić… Jakoś.
– Nie kochasz Ivette?
– Sama nie wiem… Nie powinnam z nią być, ale muszę i chyba… Chyba odrobinę jednak chcę. Czuję się taka rozdarta…
– U mamy to nie miało znaczenia, była czasem z wieloma osobami na raz, choć preferowała bardziej osobiste spotkania, na takich mogła być wredna, w grupie się powstrzymywała.
– Może nie mówmy już o Echo.
– Ivette też jest wredna, masz rację, trochę przypomina moją mamę, ale jest od niej jednak lepsza. Zależy jej na tobie.
Hexe wyszła za nimi, próbowała przekraść się do lasu, ale Kometa zauważyła ją przy pierwszej linii drzew.
– Hexe! – Podbiegła do niej: – Uciekasz?
– Wracam do domu.
– Ale teraz... Teraz nie możesz. Będziesz tam zupełnie sama, to przerażające, przecież ty najlepiej wiesz jak to jest.
– Byłam sama większość życia, daj spokój.
– A kto ci pomoże jak zasłabniesz?
– Odczep się, dobrze?
– O, nie, ja wiem że ty… Nie mogę cię zostawić w takim stanie! Ta choroba… Twoje oko i… Magia, jak się obronisz?
Jej róg zaświecił na moment, przepoławiając drewnianą obręcz, Kometa otworzyła szeroko oczy, wraz z pyskiem, wargi jej drgnęły.
– Mówiłam ci, nie jestem jednorożcem, żaden jednorożec by tego nie zrobił. – Przetarła ogonem o swój róg: – Gdy narośle przebije mi w końcu oko, nie przestanie przecież dalej rosnąć, wrośnie mi w głąb czaszki i w końcu zabije.
– Hexe, proszę, zostań.
– A ja cię proszę, daj mi odejść po swojemu.
– Musisz tylko przestać używać swojej magii. Przecież to się zatrzymało, gdy przestałaś.
– Rosły po prostu wolniej, ale nadal rosły, sprawdzałam je codziennie, gdybym od samego początku nie używała magii, może coś by to dało, teraz jest za późno.
– Pójdę z tobą.
– Nie! Zostaniesz tu!
– Pójdę!
– Forsycja może nie wygląda, ale ma kilka miesięcy, chcesz osierocić córkę?!
– Nic takiego się nie stanie, przecież…
– Krew już ze mnie pryska, umieram, kwestią czasu jest aż cię zarażę, zrozum to w końcu! Odchodzę dla waszego dobra! Wyobrażasz sobie jak będę umierać wiedząc że mogłam odejść by nikogo nie zarazić, a jednak zaraziłam?!
– Ale ty nikogo nie…
– Proszę.
– Ale…
– Będzie dobrze, będę myślała o tobie, a jakby mi się polepszyło to wrócę.
– Nie polepszy się, prawda? A ty nigdy już nie wrócisz… Przecież wszyscy wiedzą o twojej chorobie, możesz odchodzić tutaj. A jeśli nie będziesz używała magii to, to na pewno pożyjesz znacznie dłużej, nawet jeśli one nadal rosną.
Patrzyła na nią z ponurą miną.
– Może przemiana jednak by pomogła? Forsycja zrobiłaby dla ciebie eliksir.
– Do wieczora będzie gotowy – obiecała Forsycja.
– Moja krew zniszczy go szybciej niż on zadziała – stwierdziła Hexe: – Ta klątwa nie pozwoli mi wyzdrowieć.
– A może tak najpierw spróbujemy? Zobacz, z Ivette się udało. Zostań jeszcze tylko do jutra, przecież… Nic się nie stanie gdy będziesz tam dzień później, prawda?
~*~
[Irutt]
Krzyki Komety i Hexe nie pozwalały nam spać, wyszłam z Linnir i Mozzran, przed ich grotą leżała Forsycja, drzemała. Otworzyła oczy na odgłos naszych kroków. Arnee została z Reiem, póki przy nim czuwała byłam o niego spokojna, przedtem ciągle się wybudzałam w nocy, tak bardzo martwiąc się o tego źrebaka.
– Mama nie chce puścić Hexe, eliksir nie zadziałał – wyjaśniła Forsycja: – Sam pomarańczowy kryształ też, dym dosłownie wyparował w zetknięciu z Hexe.
– Wpuścisz nas? – spytała Linnir.
– Wracaj spać, córeczko. – Objęłam Mozzran ogonem, zauważając jej wystraszone oczy, patrzące gdzieś za Forsycje, ich kłótnia przybrała na sile.
– Zaraz użyje magii!
– Nie możesz! Już ci lepiej! Obiecałaś zostać!
– Niczego nie obiecywałam!
– Naprawdę ci lepiej, przecież widzę!
– To chwilowe! Wszyscy przez ciebie umrą! Nie zbliżaj się! Nie chcę cię zabić!
– Co się dzieje? – Linnir weszła do środka.
– Mamo – Mozzran ruszyła za nią, a ja poszłam za córką. Kometa stała nad Hexe, a ona zwróciła ku niej róg.
– Skóra już ci nie pęka, wszystko będzie teraz lepiej, jestem pewna… – powiedziała do niej Kometa.
– Wypuście mnie stąd zanim stanie się najgorsze! – krzyknęła Hexe w naszą stronę.
– Zbadam cię najpierw – powiedziałam: – Kometa.
Odsunęła się, a ja zmieniłam się w Beerha, Hexe w pośpiechu sprawdziła wszystkie opatrunki.
– Wiele ci zawdzięczamy, gdyby nie ty atak Kettui by się powiódł – stwierdziła Linnir.
– Twoja choroba się wyciszyła, Kometa może mieć rację że jest powiązana z twoją magią. – Widziałam to wyraźnie. Jeszcze niedawno narośla próbowały przejąć jej ciało, a teraz ich wzrost się zatrzymał.
– Błagam, zostawcie mnie.
– Nie musisz nas jeszcze opuszczać, wystarczy że nie będziesz używała magii.
– Klątwa chce byście tak myślały. One nadal rosną.
– Nie, widzę że nie.
Zakasłała nagle gwałtownie, wszystkie się odsunęłyśmy. Próbowała złapać coś przy swoim gardle, jej oczy przepełniły łzy. Po chwili opadła głową na ziemię, oddychając ciężko.
– Narośle rośnie w twoim gardle? – Zbadałam jej szyję rogiem Beerha niczego tam nie znajdując.
– To była tylko kolejna wizja… – wymamrotała zdławionym głosem. Na tyle ją wykończyła że po chwili już spała. Poczułam jak Arnee wtula się w moją nogę, oparła ogon o bok Linnir.
– Mamusie. Ja z nią zo…
– Kto został przy Reiu? – Wybiegłam stąd nagle i ku moim najgorszym obawą Reia już nie było w swoim kącie. Arnee pierwsza zjawiła się przy mnie.
– Spał głęboko gdy wychodziłam. Przepraszam. Tam też chciałam pomóc.
– Nie powinnam cię tym obciążać…
– Mamo, przestań, jestem już dorosła, a wy musicie spać w przeciwieństwie do mnie, cieszę się kiedy mogę wam pomóc! Znajdę go. – Wyleciała już.
– Tylko uważaj! – zawołałam za nią.
– Przecież jestem feniksem, mamusiu, nic mi nie grozi!
Reszta dobiegła do mnie.
– Uciekł? – zdziwiła się Linnir.
– Mówiłam ci że tylko czeka na okazję by znów zrobić sobie krzywdę. – Wyszłam od razu, idąc do lasu, do sępa. Reia przy nim nie było, więc zmieniłam się w wilka próbując złapać jego trop, urwał się przy kałuży błota, zostawił jedynie jeszcze kilka odcisków kopyt. Linnir przybiegła z Faith, która dalej złapała jego trop.
– Rozejrzę się – zmieniłam się w jaskółkę. Sama ruszyła za Faith, uspokajała ją gdy ta się stresowała i nakłaniała by dalej szukała Reia.
~*~
[Ivette]
Leżałam znów w swojej własnej podziemnej kryjówce, nie mogąc zasnąć. Poderwałam się nagle.
Naprawdę zamierzałam znów przespać cały czas tego cyklu? Niedoczekanie Komety.
Wyszłam na zewnątrz, szybkim, wściekłym krokiem z napuszonymi skrzydłami.
Poczuje jak to jest gdy się kogoś zdradza. Wiedziałam o Noor tyle że była z klaczą, w dodatku jest słaba i ma urojenia, może to podłe, ale mogłam ją wykorzystać. Zresztą mną też się nikt nie przejmował.
– Teraz ja jej popilnuje – Stanęłam obok jedzącego z nią trawę Postracha.
– A ty to kto? Nowa? – Odsunął się.
– Przecież mnie znasz – Zmieniłam się przy nim w tego potwora, na chwilę. Zakrztusił się trawą.
– Ivette? – odezwała się zaskoczonym tonem Noor: – Widziałeś to co ja?
– Raczej – powiedział do Noor, po czym popatrzył na mnie, mówiąc stanowczo: – Nie potrzebujemy twojej pomocy.
– Chcę z nią porozmawiać.
– Ze mną? Może chodzi ci o Linnir?
– Nie jestem ułomna, jak… – zacisnęłam zęby: – Wyglądacie kompletnie inaczej, jakbyś nie zauważyła. A ja zresztą nadal nie widzę kolorów, więc wszyscy macie tą samą smetną, szarą barwę.
– O co może chodzić?
– Może chcę cię lepiej poznać? Nie pomyślałaś?
– Coś kombinujesz?
– Jak porozmawiamy to się przekonasz.
– Nie przeszkadza mi że Postrach usłyszy naszą rozmowę. – Popatrzyła mu w oczy, uśmiechając się, spuścił głowę speszony. Ostatnio ciągle widziałam ich razem. Nie wierzę.
– Zakochałaś się w nim?!
– Naprawdę? – zapytał Postrach.
– Jesteśmy przyjaciółmi – powiedziała Noor, cofnęła uszy, delikatnie opadły jej powieki, a wzrok był zamyślony, jej uśmiech jednak wskazywał na to że nie myśli o nim w ten sposób.
– Trudno – powiedział nieco zawiedzionym tonem, skubiąc trawę.
– Nie, czekaj, nie powiedziałam Trini, ale… Nie zrobię tego błędu drugi raz, chciałabym z tobą spróbować.
– Wspaniale – ujęłam z ironią.
Uniósł głowę, a jego oczy prawie że świeciły. Serio? To jakiś żart?
– Mam nadzieje że nie planowałeś nigdy mieć źrebiąt, boję się zachodzić po tym wszystkim w ciążę.
– Miłość nie kręci się tylko wokół źrebiąt, nawet o nich nie myślałem – odpowiedział: – Kurcze, nigdy nie byłem taki uszczęśliwiony i nie sądziłem że odważe się…
Odeszłam od nich, dłużej nie słuchając ich słodziutkich słów, nie wierzę w to po prostu.
– Ciociu! – Arnee wylądowała obok mnie, prosto z korony drzewa.
– Zejdź mi z oczu. – Nie zamierzałam nawet na nią patrzeć.
– Jestem z ciebie dumna, zrobiłaś coś dobrego.
– To był przypadek, czego chcesz?
– Chciałam tylko ci to powiedzieć. Mam nadzieje że nienawidzisz mnie mniej niż ostatnio.
– Chcesz coś dla mnie zrobić?
– Pewnie!
– Znajdź klacz, która mogłaby się we mnie zakochać.
– A ciocia Kometa? Chcesz wzbudzić w niej zazdrość?
– Niech poczuje jak to jest gdy…
– Arnee, tu jesteś! – Przeszkodziła nam Forsycja, wzięła ją w łapę, kładąc sobie na grzbiet: – Musisz mi pomóc z nowym układem.
– Do zobaczenia, ciociu! – Arnee przytrzymała się ogonem za jej skrzydło, gdy z nią zawróciła. “Ciociu, nie martw się, znajdę tą klacz, tylko to może potrwać i najlepiej gdybyś szukała ze mną.” przekazała mi Arnee.
– Forsycja – zatrzymałam je.
– Tak?
– Pouczyłabym cię walczyć, co ty na to? Póki jest okazja, później mnie już przerośniesz. Możesz tego nie lubić, ale przyda ci się ta umiejętność. Zresztą wiesz jak Linnir ostatnio na wszystkich naciska by trenować.
– Trenowaliśmy ostatnio szybką ewakuację. Nie chodzi jej tylko byśmy umieli walczyć.
Serio? Linnir nawet ją musiała uczyć? Zaczyna mnie irytować to jej interesowanie się cudzymi źrebakami, zwłaszcza moimi.
– Najpierw układ, potem pomyślę nad tym – obiecała Forsycja, pobiegła już. W przeciwieństwie do niej, Celeste rzuciłaby wszystko dla treningu ze mną, choć ten trening byłby raczej jałowy, a jej brak asertywności przeszkadzałby w przewodzeniu stadem. Linnir nie była już najsilniejsza, o ile kiedykolwiek była, nadal ją szanowali, choć bardziej wykorzystywali. Selene z powodzeniem mogłaby przejąć stado, tylko muszę ją odpowiednio nakierować, a wtedy nigdy nie odpuści, bo to jest wpisane w jej charakterze.
[Mozzran]
Eepli leżała przy małej, niedokończonej rzeźbie, podczas gdy Mozzran już kończyła swoją, choć zwykle zajmowało jej to więcej czasu niż starszej siostrze. Nawet Faith zdążyła ulepić miniaturową sieć grot. Mozzran była zaskoczona że udało jej się odtworzyć ich kryjówkę, czy Faith pamiętała ją w każdym najmniejszym szczególe?
– Co cię dręczy? – zapytała Mozzran siostry.
– Myśl o Reiu.
– Chcesz go wyrzeźbić? Nie wiem czy Pedro ci pozwoli.
– Nie chodzi o rzeźbę, jest mi przykro że go z nami nie ma.
– Pewnie wkrótce go przyprowadzą, mamy robią co mogą, Arnee też – Po grzbiecie Mozzran przebiegły dreszcze, mamy były teraz daleko poza ich obecnym terytorium.
– Powinnam pomóc im szukać.
– Ktoś musi zostać. – Mozzran złapała ją za sierść na jej boku: – Nie chcę siedzieć tu sama.
– Boję się że ktoś mnie zobaczy… – przyznała Eepli.
Widziały jak Pedro z Angusem kręcą się przy granicach, pewnie też szukali Reia.
[Pedro]
Kometa powiedziała mi że Rei uciekł, a ja nawet się tym nie przejąłem, nie potrafiłem, nie wiem, może to kwestia zmęczenia, nie chciałbym by przestało mi zależeć na synu. Już teraz gdy się nim nie zajmowałem tak jak przecież powinien każdy dobry ojciec, czułem się sam ze sobą beznadziejnie.
Spędzałem ostatnio mnóstwo czasu z Angusem, wszyscy bali się że się zabije, miałem niejednokrotnie taką myśl, ale jeszcze nie świrowałem na tyle by próbować. Chyba trzymałem się tej swojej nadziei.
– Czekam tylko kiedy ona wróci. – Jak tylko wzeszło słońce poszliśmy szukać Reia.
– Sądzisz że wróci jak Kometa?
– Muszę w to wierzyć, albo zwariuje.
– Zastanawiam się jaki to wszystko ma sens – powiedział: – Nie żyłem w poprzednim cyklu, a teraz gdy żyje, żyje tylko po to by cierpieć?
– Tato. – Kometa do nas przyszła, przytulając Angusa: – Kocham cię.
– Coś się stało? – zapytał.
– Nie, cieszę się że po prostu tu jesteś… I chciałam cię zobaczyć zanim pójdziecie dalej.
– Nie szukasz Reia? – zapytałem.
– Muszę zostać, wiecie, Hexe mnie potrzebuje. I Forsycja też. Chyba. Jak to wszystko się skończy to chciałabym zaprosić was na występ Forsycji.
– Nie mam powodów do świętowania, wybacz – odpowiedziałem: – Ledwo co zmuszam się by dalej żyć.
– Właśnie, to może ci pomóc.
– Miałbym tam być bez Rosity? Nie, podziękuje.
– Tato, ale ty przyjdziesz? Chodźby na chwilę, chciałabym by Forsi cię lepiej poznała.
– Przyjdę.
– To wspaniale! Idę, muszę zobaczyć czy Hexe się już obudziła, pewnie czeka nas kolejna kłótnia… – Pobiegła z powrotem, widać niektórzy mają się całkiem dobrze. Pedro, uspokój się, nie ma sensu by się na nich złościć, nic ci nie zrobili, zwyczajnie chcą żyć dalej, mają ku temu powody, ty je straciłeś, nie ich wina.
– Nie chcę sprawić jej przykrości – powiedział Angus tak jakby to było coś złego że chce pobyć ze swoją rodziną.
– Nie musisz mi się tłumaczyć. Wszyscy jesteśmy dorośli.
– Jesteś dla mnie niczym syn, martwię się o ciebie, dobrze by było gdybyś też miał odskocznie od tych wszystkich problemów.
– Nie mam ochoty nawet się do tego zmuszać.
Zauważyłem ślady małych kopyt i tych większych, gdy podbiegłem bliżej okazały się odciskami racic sarny. I hybrydy, miała jedną przednią i tylną nogę zakończoną racicą, a dwie pozostałe kopytem. Tylko po co ścigałaby sarnę?
– Tato! Jeszcze jedno… – Kometa zawróciła.
Tam dalej były kolejne ślady, poszedłem tam, nie słysząc już o czym mówią. O co chodzi? Dlaczego ta hybryda nie jest przemieniona w jednorożca? I po co łapią sarny? Będą próbować nas w nie zmieniać? Poczułem tak nieprzyjemny zapach że aż szczypał w chrapy. Zauważyłem karą sierść, między drzewami.
– Ivette? To ty? – Podszedłem tam, marszcząc nos: – Celeste? – Na Hexe ten ktoś był za spory, dostrzegłem też trochę siwej sierści i ciapki: – Turnia, chcesz bym dostał zawału? Czym ty…? – Czekaj, Pedro. Zatrzymałem się. A jeśli została podmieniona?
– Twój syn. – Popchnęła małego, o czystej sierści i bliznach, ale mimo to jego zapach był nie do wytrzymania, odsunąłem się, próbując oddychać. Rei też się cofnął.
– Co to za zapach? – zapytałem.
– Wpadł na skunksa.
Rei chował się za Turnią. Trząsł się na mój widok. Jego ranne oko nie było już opatrzone, mogłem zobaczyć ranę i to jak ono jest zamglone, nie widział na nie.
– Przypadek sprawił że się na niego natknęłam. Zamierzałam wam go dyskretnie podrzucić.
– Jak już jesteś to zostań chociaż na noc, zresztą powinnaś o czymś wiedzieć…
Nie będę przecież wiecznie żywił do niej urazę. Z drugiej strony to nie może być przypadek że jest akurat tak blisko naszych granic. Oby tylko nie była podmieniona przez Kettui, bo wtedy wkopałem nas wszystkich.
~*~
Irutt i Linnir zabrały Reia w zaciszne miejsce, przesiąkłem nieco jego zapachem, jednak nie tak bardzo jak Turnia.
– Więc to prawda i wcale nie nazywasz się Haworsja? – Forsycja przyszła się z nią przywitać.
– Nie, to moja mama, Turnia – odpowiedziała Kometa, leżała przy niej, obejmując skrzydłem i tuląc się do niej jakby była najlepszą mamą na świecie, a oboje wiemy że wcale tak nie jest. Nie w tym cyklu.
– Skarbie, potrzebujesz czegoś? – zwrócił się do niej Angus.
– Nie zasłużyłam byś mnie tak nazywał – odparła.
– Chcę byś wiedziała że nadal cię kocham, choć nie pochwalam wszystkiego co zrobiłaś, chciałbym byś została w naszym stadzie.
– Mamo, bo ty jesteś sama, prawda?
– Część klaczy z Krwawego lasu przeżyło, przewodzi nimi teraz Lutnia, chciałam do nich dołączyć, ale to tylko zakłóciłoby ich spokój, trzymają się z dala od wszelkich konfliktów. Wreszcie mają szansę na nowy, lepszy start. Teraz gdy zniknęłam zaczęły wspierać się nawzajem. Kilka z nich chciało przeprosić Postracha, głównie te które pozwalały na jego złe traktowanie. Powoli zaczynają rozumieć że nie wszystkie ogiery są złe, między innymi, dzięki tobie Angus. Jedna z nich ma nawet syna, dobrze się nim zajmuje.
– Przekaże wieści bratu – obiecała Kometa: – Czyli jesteś… Sama?
– Owszem, wędruje po świecie sama.
– I…? Odnalazłaś siebie?
– Wszystko się zmieniło, wątpie bym była Chaos, mam jedynie jej duszę, gdybym nią była nie skrzywdziłabym własnych źrebiąt.
– Mamo, jesteś dla siebie zbyt surowa, wiesz że ci wybaczyliśmy? Oprócz Postracha… On… Przynajmniej nie żywi do ciebie szczególnej urazy.
– Fakt, próbuje zapomnieć że istniałaś – wtrąciłem. Postrach przyznał coś takiego jak raz rozmawialiśmy, wiedział że Turnia wróciła, ale odmówił przyjścia tutaj. Wolał spędzić więcej czasu z Noor: – I ja mu się wcale nie dziwie.
– Mamo, Pedro po prostu… Bądź razie przeżyłaś prawdziwy koszmar, wiele osób nie potrafi po czymś takim normalnie funkcjonować, wybacz sobie i po prostu się zmień, bądź taka jaka chcesz być, nie musisz dłużej już z nikim prowadzić żadnej wojny, ani… Naprawdę możesz być jeszcze wspaniałą mamą.
– Ja ci nie wybaczyłem i wątpię by to kiedykolwiek nastąpiło, ale nie przeszkadza mi, a nawet nie mi o tym decydować byś żyła z nami – dodałem.
– Gdzie Rosita? – zapytała.
– Zmarła… – powiedziałem. Popatrzyła na mnie, jakby moje słowa do niej nie dotarły. Dopiero po chwili na jej pysku pojawił się grymas bólu, Kometa ją objęła.
~*~
– Niepotrzebnie jej powiedziałeś. – Angus i ja rozmawialiśmy na zewnątrz groty. Turnia leżała na ziemi, wiem że słyszała co mówiliśmy do niej, choć się nie odzywała, co dziwne nie uroniła ani jednej łzy, ale za to nie chciała się w ogóle ruszyć, jeść, ani pić. Irutt była teraz przy niej.
– Dowiedziałaby się i tak – powiedziałem: – Zresztą nie myślałem by to cokolwiek dla niej znaczyło. Poświęciła Rosite bez wahania.
– Spadło na nią zbyt wiele, wątpię by była gotowa by przewodzić tym wszystkim skrzywdzonym klaczą i jeszcze uczestniczyć w wojnie Zomy. Myślisz że nigdy nie żałowała tego co zrobiła? Ja wiem że tak.
– Ale przestań ją usprawiedliwiać.
– Nie jesteś dla niej zbyt surowy? Zdajesz sobie sprawę ile wycierpiała? Ona nie miała nawet czasu by dojść do siebie.
Linnir wyszła z Reiem z ich groty, zatrzymując się przy nas, mały trzymał głowę zwieszoną, z obojętnością wypisaną na pysku.
– Rei, jak się czujesz? Chociaż trochę lepiej? – zapytał go Angus.
Rei nic nie odpowiedział.
– Jest nadal w szoku. – Irutt wyszła do nas, wtuliła się w bok Linnir, obejmując malca ogonem, Linnir oparła o nią czule głowę. Serce mnie bolało na ten widok, bo sam nie miałem już ukochanej i nie było chwili bym nie myślał o niej. A jednak z jakiegoś powodu się jakoś trzymałem. Może to też dzięki ziołą na uspokojenie, które ostatnio zjadałem w sporych ilościach. Musiałem powoli uważać by nie przesadzić, nie mało że by mi zaszkodziły to jeszcze by się skończyły.
– I tak jest lepiej, zaczął wychodzić z jaskini – dodała Linnir.
– Tak i już nawet uciekł – starałem się zachować pogodny ton, ale sam słyszałem w nim pewną zgryźliwą nutę.
– Chcesz pobyć trochę z nami? – zaproponował Angus.
Rei tylko na niego zerknął.
– Chodź, Rei. Później przyprowadzę cię z powrotem do Linnir i Irutt.
– Rei? – Linnir trąciła go delikatnie, spojrzał na nią z obojętnością.
– To twoi dziadkowie, Rei – Irutt oparła ogon na jego grzbiecie: – Nie chciałbyś ich poznać? Turnia przeżywa teraz ciężkie chwilę, tak jak ty, Angus zresztą też.
Mały wycofał się, zawracając do ich groty.
– Może innym razem – odpowiedziała Angusowi Linnir, idąc śladami źrebaka, Irutt poszła z nią, a my zostaliśmy tutaj.
– Pewnie przeze mnie nie chcę tu być – stwierdziłem: – Jestem beznadziejnym ojcem.
– Zawsze możesz to zmienić.
– Właśnie problem w tym że nie potrafię przestać żywić do niego żalu, nie chcę więcej mieć już żadnych źrebiąt.
~*~
– Jesz, jedno szczęście – Angus podawał trawę Turnii, a ona ją przeżuwała, spojrzała na mnie.
– Jak to się stało? – spytała.
– Po wczorajszym, darujmy sobie szczegóły – powiedziałem.
– Czy to była moja wina?
– Nie, skarbie, to był wypadek – odpowiedział jej Angus.
Turnia próbowała wstać, ale jej nogi drżały i nie mogła się na nich utrzymać.
– Irutt cię zbadała wczoraj, to prawdopodobnie stres – Angus podparł ją z boku.
– Zjedz zioła, to się uspokoisz – powiedziałem, w ogóle nie okazywała tego, wciąż była chłodna w obejściu, ale jej ciało zdradzało że jednak śmierć Rosity ją obchodzi.
– Poproszę Irutt by zbadała cię raz jeszcze i Arnee, niech też sprawdzi czy nic ci nie jest. – Angus wyszedł, a Turnia się położyła.
– Jak zginęła? – zapytała raz jeszcze mnie.
– Wolałbym już nigdy do tego nie wracać.
Lepiej by nie znała okoliczności jej śmierci, nie wiadomo czy by nic nie zrobiła Reiowi.
~*~
Turnia wreszcie wstała na nogi, jak gdyby nic patrolowała z nami terytorium. Zachowywała się zwyczajnie. Szliśmy tuż za nią. Zastanawiałem się czemu przebywam z osobą, której tak nie znoszę i doszedłem do wniosku że to przez poprzednie cykle, wcześniej nawet lubiłem Chaos, a teraz całkiem dobrze dogadywałem się z Angusem. Może nie chciałem zostawić go z nią samego, gdyby zdarzyło się jej go zranić.
– Cześć wam – dołączyła do nas Arnee.
– Nikt cię tu nie zapraszał – powiedziałem.
– Co miałabym zrobić żebyś mi wybaczył? Przywrócić Rosite?
– Ilu byś musiała zabić by to zrobić?
– Nikogo. Mogłabym spróbować, mamy jej rodziców, wystarczyłoby zwabić duszę, w momencie poczęcia źrebaka. Gdyby się udało, wybaczyłbyś mi wtedy?
– A co z duszą tego źrebięcia? – zapytał Angus.
– Wszyscy mówili że nie możesz jej ożywić – powiedziałem.
– To nie byłoby ożywienie, tylko reinkarnacja. Jak z Kometą. Rosita nie wróci sama z siebie.
Niemal zabiła moją całą nadzieję na to. Ale nie mogła być nieomylna.
– Tego nie wiesz – powiedziałem.
– Dotyk feniksa zaczął wędrówkę duszy Komety – dodała Arnee: – Blakie jej pomogła, więc ja mogłabym pomóc wrócić Rosicie.
– Pytanie czy możemy jej ufać. – Spojrzałem na Angusa, Turnia zatrzymała się niedaleko, przysłuchując się nam.
– Jestem skłonna zaryzykować – powiedziała: – Miałybyśmy szansę naprawdę zacząć od nowa.
– By źrebak był od początku Rositą, musiałabym być z wami, yhm… Przy początku – wyjaśniła: – Nie będziecie się krępować?
– Nie jestem pewien czy to możliwe, nie chciałbym zrobić czegoś złego jakieś niewinnej duszy – powiedział Angus.
– Słyszałeś ją, nie będzie żadnej duszy do pozbycia się, a jeśli nam kłamie to jej sumienie – stwierdziłem. Zniszczenie kolejnej duszy, co to dla niej? Nie myśl teraz o tym Pedro, przyjmij wersję Arnee. Muszę dać temu szansę, powinienem pozwolić Arnee pomóc już dawno, zamiast słuchać Rosity. Dlaczego zawsze obcy mają być ważniejsi od naszej rodziny? Oni by się nie zastanawiali.
– Jak się wszystko uda znów będziemy się przyjaźnić?
– Jeśli przywróciłabyś Rositę, naprawdę bym ci wszystko wybaczył.
– Angus, spróbujemy? – zapytała go Turnia: – Wiem że nie chciałeś mieć ze mną więcej źrebaków…
– Nie odmówiłbym powrotu naszej córce – powiedział.
⬅ Poprzedni rozdział